Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Elżbieta Cherezińska- z namiętnością przez historię.


Z Elżbietą Cherezińską rozmawia Joanna Markowska. 

foto by Edyta Szałek

J: Elżbieto, kiedy Twoje zainteresowanie historią i religią zapoczątkowało pisanie książek opartych o te tematy? Co z teatrologią?

E: Nie umiem znaleźć dat granicznych, jakby ich nigdy nie było. Wiesz jak to jest: realizujesz swoje pasje w różny sposób, najpierw są urlopem, oddechem po pracy, potem nagle stają się pracą. Teatrologia nigdy nie była moją pasją, nie w takim natężeniu. Interesowała mnie historia teatru, bo interesuje mnie każda historia. I Molier. Stary Francuz wciąż jest dla mnie żywy i ogromnie mnie bawi. Łapię się za niego „w każdej wolnej” i wiesz co? Nieustannie śmieję się z tych scen. „Słyszę” je w życiu, w codziennych sytuacjach. O ile znam się na sobie, prędzej czy później, zaowocuje to jakąś książką o Molierze.


J: Chętnie dowiem się czy Molier był świętoszkiem. ;)
Przeczytam wszystko co wyjdzie spod Twojego pióra. A właśnie, czym piszesz?

E: Molier świętoszkiem nie był, żadna to tajemnica. Kobieciarz, hipochondryk, przez większość zawodowego życia myślał i marzył o sobie, jako o aktorze dramatycznym. Talent komediowy odnalazł w sobie wbrew sobie.
Czym piszę? Masz na myśli pióro, długopis? Rozczaruję cię, Joasiu. Notuję czymkolwiek, co mi wpadnie pod rękę. Czasami kredkami moich córek. Wszystko mi jedno. Uwielbiam ładne rzeczy do pisania, ale nie trzymają się mnie, więc przestałam zwracać na to uwagę.


J: Co robisz, gdy nie piszesz?

E: To zależy od pory roku. Zimą lenię się. Od wiosny do późnej jesieni tyram w ogrodzie. Mieszkam pod Kołobrzegiem, to żyzne, torfowe ziemie. Marchewki w nich nie wyhodujesz, ale kwiaty i zielsko rosną doskonale. Wystarczy, że mam dłuższą przerwę w ogrodzie, a mlecze na środku trawnika osiągają rozmiary rabarbaru. Albo krety. Jak chcesz, pogadamy o kretach


J: Pogadajmy o religii. Jaką rolę odgrywa w Twoim życiu codziennym?

E: Jest jego integralną częścią. Jeden z moich bohaterów mówi „religia to sprawa państwowa, ale wiara to rzecz intymna” i rzeczywiście jest to moje zdanie.

J: Tak mówi Otton III w „Grze w kości”. To jedno ze zdań, nad którym zatrzymałam się dłużej czytając tę powieść. Elu, w takim razie w jakiej kwestii zgadzasz się z Bolesławem Chrobrym?

E: Pytasz o kwestie religijne? Jeśli tak, to odpowiem, iż obdarzyłam obu bohaterów po równo, w myśl zasady (Otto) „niełatwo jest być sobą i swoim przeciwieństwem”. Jak pamiętasz Bolesław pilnował, by wiara mu nie przeszkadzała w myśleniu, a biskupa Ungera cenił za to, że „nie dorabiał do wszystkiego Chrystusa”. W pierwszej wersji zdanie brzmiało to rzecz jasna „że Chrystusem sobie gęby nie wycierał” ale nie chciałam urazić niczyich uczuć i je wygładziłam.


J: Od lat mieszkasz w Kołobrzegu. Od marynarza do wikinga niedaleka droga? ;)

E: Uwielbiam Kołobrzeg. Lubię energię, którą niesie woda. Lubię przepływ ludzi wpisany w krajobraz miast portowych. Nie muszę być zakorzeniona, by czuć się dobrze. Samochód, którym jeżdżę wciąż ma rejestrację z miasta w którym mieszkałam kiedyś. Wiesz o co chodzi, Joasiu, prawda? O to, że nie jestem przypisana. Że w mieście, które traktuję jako swoje miejsce, mogę udawać turystkę. A wikingowie? Początkowo to słowo znaczyło co innego niż dzisiaj. „Vik” czyli zatoka. Gdzieś pomiędzy „ludźmi z zatoki” a „płynącymi w zatoki/z zatok”. Potem powstało pojęcie „płynąć na wiking”, czy „wikingować” co oznaczało „płynąć w świat w sprawach zawodowych, czasem na handel, czasem na rabunek”. Z tego powstali wikingowie. Taką mieli robotę, ot co.


J: Twój mąż zajmuje się tworzeniem artystycznych kopi średniowiecznych wyrobów z kości i rogu oraz oprawą imprez historycznych. To pięknie, gdy partnerów łączy wspólna pasja.

E: Pewnie, że piękne, mamy o czym pogadać, mogę na niego liczyć w wielu sprawach, na jego pomoc czysto merytoryczną. Jest przecież pierwszym czytelnikiem i jako pierwszy wyłapuje wszystkie zgrzyty w tekście, które jako człowiek zajmujący się średniowieczem zawodowo, słyszy w sposób szczególny. Ale to jest tylko wartość dodana, bo jak wiesz, zajmuję się także historią Holokaustu, a ten temat z kolei zupełnie nie interesuje mojego męża. I nie czuję się z tego powodu mniej komfortowo. To ma nawet plusy – nie gadamy o mojej pracy, mamy więcej czasu na gadanie o życiu.

J: Właśnie, dlaczego akurat Holokaust?

E: Zagłada jest czarną zagadką ludzkości. Pokazuje dokąd potrafi sięgnąć zło w człowieku. I udowadnia, że nigdy nie jesteśmy przygotowani do odpowiedzi na nie. Holokaust to przemysłowe zabijanie ludzi, zaplanowany nie mord, ale zagłada całej, określonej populacji. I doszło do niego w XX wieku, wciąż żyją świadkowie, wciąż na każdym kroku odnajdujemy jego ślady, choć wolimy myśleć, że nas to nie dotyczy. Przeciwnie. Uważam, że nas to dotyczy.


J: Fascynuje Cię „świat w chwili przejścia”. Który moment Twego życia był najbardziej zwrotny i jak sobie z nim poradziłaś?

E: Było ich kilka, tych znaczących. Dwa krótko po sobie. Pierwszym był poważny wypadek samochodowy tydzień przed studniówką. Z gipsu wyjęli mnie dopiero na maturę. Najpierw musiałam pogodzić się z utratą – sprawności, życia, jakie prowadziłam wcześniej, twarzy. Ta, którą widziałam w lustrze była koszmarna, wykrzywiona źle założonymi szwami. Potem tydzień po tygodniu wszystko to, co – jak się wydawało – straciłam, wracało do mnie. Długotrwała rehabilitacja, lekcje pokory i cierpliwości. Cierpliwości nauczyć się nie można, ale można ją zastąpić uporem i to akurat mi się udało. Odzyskałam sprawność, rysy twarzy wróciły do normy, a plany życiowe, które musiałam zmienić, po latach przyszły do mnie w odmienionej formie. Miałam być aktorką, zostałam teatrologiem. Energia pozostała, zmieniła się tylko jej zewnętrzna forma. Chyba wtedy przekonałam się, że człowiek jest rozpięty między ciałem a duszą. Ekstremalne doświadczenia dają niewiarygodną siłę. Choć nie wierzę, iż cierpienie uszlachetnia.


J: Co Cię najbardziej zaskoczyło podczas pobytu w Norwegii?
Pojedziesz tam jeszcze?

E: Pojadę, pojadę. Tęsknię przez cały rok za wakacjami w Norwegii. Gdyby nie to, że relacje cenowe są zupełnie niekorzystne, wybrałabym się tam na emeryturę. Chałupa gdzieś nad fiordem. Nie mam rankingu norweskich zaskoczeń. Ale tak, za pierwszym razem zaskoczyli mnie ludzie. Do Norwegów się trzeba przyzwyczaić. Oni do ciebie też muszą się przekonać. Żadnych szybkich przyjaźni, żadnej wylewności. I to mi odpowiada.


J: Jak wspominasz przygodę z obiektywem Edyty Szałek? Sesja zdjęciowa z Norwegii świadczy o tym, że jesteś kreatywną modelką. Nie dostrzega się pozowania, żadnych aktorskich sztuczek. Często bywasz taka spontaniczna?

E: Trudno oszacować własną spontaniczność. Edyta nie jest jedyną osobą, która robiła mi zdjęcia, ale sesja z nią była do tego stopnia wyjątkowa, że tylko jej zdjęcia publikuję. Po pierwsze jesteśmy sobie bliskie, jest między nami chemia i to pewnie widać na tych zdjęciach. Po drugie była w tym jakaś niezwykłość, nasze – w gruncie rzeczy – pierwsze spotkanie twarzą w twarz, dwie Polki zakochane w Norwegii, w jej pejzażu, klimacie. To wszystko wyszło na tych fotografiach. A po trzecie, najbardziej pamiętam z tamtej sesji klimat, nie to jak Edith robiła zdjęcia, ale to, jak łaziłyśmy po starej przystani, po rozsypującym się domku dla łodzi, jak podglądały nas owce. Jak Edith drapowała moje włosy na mchu. Bardzo sensualne

J: Szczerze zazdroszczę :)
J: Elu, czy „Opowieść Ragnara, Bjorna i Gudrun” to na pewno ostatnia część cyklu „Północnej Drogi”?

E: Tak, tak. Ostatnia i pierwsza jednocześnie, bo to od niej zaczęło się moje myślenie o Północnej. W jakimś sensie, te trzy książki (Sigrun, Halderd i Einar), które już się ukazały, były historiami dodanymi, by wzmocnić sens tej, która właśnie nadchodzi. Ale prawda jest taka, że Północą można opowiadać jeszcze po wielokroć, z zupełnie innych stron. Spojrzeć na nią oczyma bohaterów jeszcze odleglejszych od – pozornego – centrum zdarzeń. Mam świadomość, iż nawet po skończeniu tej ostatniej części nie wyczerpię tematu, nie skończę obrazu tamtego świata. Ale przecież nie wszystko musi być dopowiedziane do końca. Zostawienie uchylonych drzwi to też – według mnie – szacunek dla Czytelników.

J: O czym chciałabyś jeszcze pisać?

E: Jak wiesz, lubię pisać o polityce, religii i wojnie. Jeśli dodamy do tego miłość i seks, to mamy historię ludzkości Ciągle, w kółko to samo.
Ale przyznam, że miałabym ochotę zrobić skok w bok i napisać coś zupełnie niepoważnego. Dla tych, którzy lubią się pośmiać z historii zamieszczę w najbliższych tygodniach tekst „A&A Co.” gdzieś na swojej stronie internetowej. 

J: Sama prowadzisz swoją stronę internetową?

E: Przygotowuję teksty, zresztą zwykle z opóźnieniem, ale wiadomo, czas. Ale projekt i prowadzenie strony wziął na siebie mój mąż. Jest też strona autorska na facebook, na której czasami szybciej pojawiają się nowe informacje, zapowiedzi spotkań, wywiadów, wiadomości o czytaniu książek w stacjach radiowych etc. Tę stronę prowadzi także mój mąż, ale wspierany przez Olę, mojego dobrego ducha. A ja, oczywiście, wpadam tam, żeby na żywo pogadać z Czytelnikami.

J: Czekam więc z niecierpliwością na Twoje kolejne myśli w słowach :)
Dziękuję za rozmowę. 












Elżbieta Cherezińska: "Z jednej strony, z drugiej strony"; "Byłam sekretarką Rumkowskiego"; Północna Droga: "Saga Sigrun", "Ja jestem Halderd", "Paska według Einara" ; "Gra w kości".

piątek, 13 maja 2011

Edyta Szałek- o tym, co sprawia, że jest wielorybnikiem życia.


Edyta Szałek- o tym, co sprawia, że jest wielorybnikiem życia.

Mam syndrom wielu piszących osób; im więcej piszę, tym mniej gadam i piszę o sobie. A jak już coś o sobie powiem albo napisze, to myślę: Chryste, co to za bzdury! Brrr... Kogo to interesuje?

Podoba mi się, gdy czytelnik daje sobie wolność interpretacji. Zawsze podchodzę do mojego pisania jak do rzemiosła. Mam na myśli to, że prócz oczywistej chęci przekazania myśli, chcę pisać książki ciekawe, ciekawe dla tych ludzi, których charakteryzuje pewna wrażliwość. Interpretacje więc to coś, co daje książkom wiele żyć, wcieleń i to jest fascynujące.



Kiedy zaczęłaś pisać, co Cię ku temu pchnęło? Jak to jest z weną?

Myślę o pisaniu, kiedy to się zaczęło? W szkole dobrze szło mi z polskiego, a czasami popisywałam w notesikach, na kartkach jakieś opowiadania. Pamiętam jedno zatytułowane "Muszelka", które napisałam mając lat 13, 14 - chyba gdzieś je jeszcze mam. Opowiadało o miłości. Już nie pamiętam, czy szczęśliwej, czy nie :) Powstało na fali pierwszej zagranicznej kolonii w NRD i Glenna Medeirosa w Radio :)) To były czasy!
Nigdy nie pisałam pamiętnika, choć zawsze był on w mojej głowie. Najwcześniej zapisane kartki wyblakły z upływem czasu. Najpóźniej zapisane, pachniały świeżym atramentem. W 2004r. Zwierciadło organizowało konkurs na dziennik "Dzień po dniu". Spróbowałam i ...wygrałam! Niewiele mieści się w tych dwóch słowach. Nie sądziłam, że doświadczenia opisane przeze mnie mogą konkurować z dramatycznymi losami, których wiele dookoła nas. Później prawie dwa lata pisania felietonów do Zwierciadła i pierwsza książka "Sen zielonych powiek". I jakoś tak to poszło. Wcale niełatwo , bo potrzeba pisania i możliwość wydania to planety tak odlegle, że aż niemożliwe, by je na jednej trajektorii osadzić. Próbuję jednak. Próbuję. Jak mi się mózg ulewa, to muszę to wypisać i oddać.
Pytałaś mnie o wenę... Nie wiem, czy coś takiego istnieje. Czasami wydaje mi się, że wena to po prostu odnalezienie ścieżki w gąszczu myśli, obserwacji - te są mi wyjątkowo bliskie- odczuć. Układanka, której elementy lądują na właściwym miejscu. Wena nie jest dla mnie kreacją czegoś z niczego. Taka kreacja to żmudna praca i tu moje ukłony w stronę pisarzy ´fantastycznych´ dosłownie i w przenośni. Jeśli wielkość pisarza mierzyć potęgą jego wyobraźni, to kłaniam się do ziemi tym, którzy kreują światy, zdarzenia, postaci z niczego.
Zdarza się, że jakaś myśl wpada nagle, staram się ją wtedy notować i obudować później. Najczęściej piszę rano. Jestem jak dziecko. Wieczorem szybko do łóżka, rano wcześnie do przedszkola :). Może troszkę inne godziny mimo wszystko, ale fakt lubię pisać rano, kiedy dom śpi, kawa pachnie wyjątkowo, bo jest pierwszym intensywnym zapachem dnia i .... Myśli też pachną wtedy inaczej. Prawda jest jednak taka, że jak trzeba pisać, to i w zatłoczonym pokoju potrafię, i na stacji, i w kawiarni.



Opowiedz o swojej pasji fotografowania. Od kiedy rozwijasz to zainteresowanie? Bardzo mi się podoba sesja z Elżbietą Cherezińską.

Z fotografowaniem to jest tak, że zdjęcia fascynowały mnie zawsze, ale robiłam je tylko hobbystycznie. Często wertowałam albumy fotograficzne, wygrzebywałam na strychach zapomniane przedwojenne zdjęcia polskich aktorów... Barszczewska, Bodo, Ćwiklińska. Co tu dużo mówić, fotografia to czysta magia, chwila zaklęta pod powieką. To, co mi się jednak podobało, nie podobało się innym. Grube ziarno, brak ostrości często uważane za odchylenie od normy, błąd w sztuce, mi się wydaje urokliwe; jest swego rodzaju narzędziem. W Norwegii fotografią zajęłam się na poważnie z uwagi na mojego partnera Thomasa Gudbrandsena, który fotografuje od zawsze. Oboje robiliśmy dużo reportaży ´ulicznych´ w kraju i za granica, a potem podjęliśmy decyzje o założeniu własnej firmy, która zajęła się również reportażem ślubnym. Podeszliśmy do tego z wielka pokorą, ale i odpowiedzialnością, inwestując w dobry sprzęt, reklamę i szkolenia. Czy się opłaciło? Chyba tak. Dostaliśmy się do międzynarodowego stowarzyszenia reporterów ślubnych WPJA, zarówno, gdy chodzi o fotografie czarno- białą jak i artystyczną. Mamy sporo zleceń. To miłe wyróżnienie, które otwiera pewne drogi. Ale i tak najpiękniejsze co dostajemy to więź, która nas łączy z poznanymi ludźmi. Rzadko kiedy nazywamy ich klientami; pamiętamy po prostu imiona :)
Co lubię fotografować najbardziej? Wszystko. Sceny są wszędzie. Czasami jest wyjątkowa kompozycja, czasami światło, czasami wyjątkowe zmarszczki... Zdarza mi się roztkliwiać nad kwiatkiem w lesie ;) Zgrywam to później na komp i myślę: ok... A to niby czemu? To chyba taki odruch. Bez aparatu zerwałabym kwiatek, z aparatem zrywam go obiektywem. Tak to wygląda :)

Wiesz dlaczego sesja z Elą jest piękna? Bo prócz mojego oka, Ela była totalnie wolna i kreatywna przed obiektywem... Soczewka była lustrem, w którym się przeglądała, tak jak robi kobieta, gdy nikt jej nie widzi... Tak chyba to czuje.

Elżbieta Cherezińska

W jakich okolicznościach poznałaś Elżbietę? 

Z Elką znamy się nie tak długo, ale za to intensywnie :)
Poznałyśmy się prawie dwa lata temu. Jej zepsuło się auto w Norwegii. Jako koleżanka naszej wspólnej koleżanki, próbowałam pomoc. I tak się jakoś zaczęło. A ze ona z 9. października, a ja z 8. i że jakoś nam dobrze się mailowało to i kontakt się umocnił. Założyłyśmy 2eCafe. Internetową kawiarnię tylko dla naszej dwójki. Spotykamy się tam na poranną kawę albo wieczornego kielicha. Czasami narzekamy przy stoliku, że jesteśmy grube, że dzieci nas nie słuchają, że kasy brak, a czasami cieszymy się z książek i małych drobnostek i serwujemy ciasto z bitą śmietaną (i pomyśleć, że to wszystko w wyobraźni). Czasami powstaje z tego kontaktu coś fajnego i artystycznego jak sesja Eli, którą zrobiłam, kiedy przyjechała do mnie z Rodziną. Obie pamiętamy ten dzień jako słoneczną magię.
Jesteśmy ostatnio zajęte, wiec 2eCafe porasta mech i pokrywa kurz. Czasami zajrzy jedna z nas, ogarnie stolik, zaparzy kawę i posiedzi, popatrzy... Zdarza się jednak, że w ferworze pracy znajdziemy chwile na plotki i wtedy 2eCafe ożywia się na moment. Ela to jednak tytan pracy, mądra, uzdolniona pisarka. Jej dzień pracy jest upchany do granic możliwości. Szanuję
to, bo wiem jakiego zorganizowania, dyscypliny potrzeba pisarzowi, który ma na głowie wiele projektów. Rozumiem wiec i nie grymaszę, wiem, że przyjdzie dzień kiedy to sobie odbijemy. Pisząc do Ciebie pojadam chleb ze smalcem od Elki. Ja kiedyś wysłałam jej brązowy ser z Norwegii. Ot, taka wymiana gospodarcza :)


Edyto, dlaczego Norwegia, jak się tam znalazłaś?
Pracujesz w bergeńskim Centrum Kryzysowym. Co Cię satysfakcjonuje, a czego nie lubisz w tej pracy?


Praca w handlu i marketingu nie była tym co chciałam robić, ale tym co musiałam. W miasteczku, z którego pochodzę, nie ma komfortu wyboru. Nie bez znaczenia jest fakt, ze wtedy, kiedy ja zaczynałam pracę, w Polsce marketing był hasłem magicznym. Wiele się przez kilka lat pracy w handlu i marketingu nauczyłam, ale najlepsze w tym było to, że z uwagi na tę prace trafiłam do Norwegii, ponieważ zaproponowano mi posadę tutaj. Kiedy jednak przyszedł czas na weryfikację tego co chcę, a tego co muszę, zdecydowałam się coś zmienić. W efekcie zmieniłam wszystko :)
O pracę w Centrum Kryzysowym dla Kobiet, starałam się dość długo. Korespondowało to z moim wykształceniem, ale i z sercem. Zawsze chciałam być bliżej ludzi, poznawać inne kultury... Praca w centrum przyniosła mi satysfakcje i wyzwania, ale też weryfikacje i potwierdzenia. Co innego jest mówić o rasizmie, tolerancji, szacunku do innej kultury, religii, a czym innym jest tego doświadczyć. To co jest dla mnie najtrudniejsze w pracy to dystans. Nie istnieje on w moim słowniku. Często zabieram do domu przypadki z centrum; kobiety sprzedane, bite, gwałcone, dzieci po traumatycznych przejściach... Świadomość, że możliwości pomocy są ograniczone, boli fizycznie. Świadomość, że czasami chce się pomoc, ale kobiety wybierają powrót jest chyba jeszcze gorsza. Emocje nie pozwalają wtedy spać. Wciąż pamiętam imiona tych, których już w centrum nie ma. Zajmuję się najczęściej dziećmi, więc je pamiętam najlepiej. Spojrzenia, gesty, drobnostki... Kiedyś jeden chłopiec zrobił sobie zdjęcie moim telefonem. Nie wiedziałam o tym. Po jakimś czasie przeglądałam zdjęcia i zobaczyłam jego uśmiechniętą twarz. Serce mało mi nie pękło, bo ten chłopiec był bardzo wyjątkowy, być może więcej go nie zobaczę... To zdjęcie łamało zasady tajności centrum, a mimo to nie potrafiłam go usunąć.
To jest chyba w tym najpiękniejsze. Ci ludzie zabierają mi kawałek duszy, ale dają w zamian swoją. Czasami czuję się jak kolorowy zlepek zrobiony ze wszystkich, których w centrum spotkałam. Gdyby na to zerknąć fachowo jestem bardzo nieprofesjonalna ;) Być może jednak przywyknę... Czy tego chce? Nie. Ale być może to jedyny sposób by pomagać i nie zwariować.
Z uwagi na różnice kulturowe napisałam, że praca w centrum jest dla mnie weryfikacją wielu rzeczy. Ludzie nie wiedzą o czym mówią, kiedy generalizują narodowości, kiedy je lukrują lub oczerniają. Najlepiej doświadczyć tego w życiu. Teoretyzowanie w tym temacie się nie sprawdza.

Edyta Szałek

Dzieci mają to do siebie, że się o nich najdłużej pamięta. Czy zadajesz sobie czasem pytanie czym one zawiniły, żeby tak cierpieć? Wielu ludzi w takich sytuacjach zastanawia się gdzie wtedy jest Bóg?

Kwestia Boga i zdarzeń, przy których pytam o jego istnienie, to temat trudny. Według mnie niestety Bóg z rzeczami i złymi i dobrymi ma niewiele wspólnego. Nikt nie jest winny. Jest konsekwencja zdarzeń. Jeśli matka pije w ciąży ,dziecko będzie chore. Dziecko będzie chore nie dlatego, że Bóg się nim nie zajął, ale dlatego, że matka piła. Afrykańczycy cierpią z głodu, bo żyją w kraju w jakim żyją, brak im wody, rozmnażają się niemiłosiernie... Kiedyś było prawo natury. Dziś czujemy się w
obowiązku pomagać, przeciwdziałać. To taki nasz cywilizacyjny obowiązek. Czy dobrze robimy? Cholera wie. To jak z kolonizacjami i wciskaniem ludziom na siłę Chrystusa do czaszek. Czy Bóg by tego chciał? Czy oni bez Boga byli źli? Jedno wiem. Religia narobiła więcej szkód na świecie niż cokolwiek innego. Religia w ogóle. Każda.
Tak jak napisałam to temat trudny. Nie mnie reformować świat, ale przynajmniej mogę mieć swoją opinie.



W swoich książkach i opowiadaniach często wspominasz o emigracji. Jak radzisz sobie z tęsknotą?

Emigracja to stan ducha i ciała. Znacznie lepiej poradzić sobie z fizyczną stroną emigracji, niż jej emocjonalnym aspektem. Za granicą mieszkam ponad 3. lata. Dopiero teraz zaczynam czuć, że pojęcia: dom, własne miejsce - rozszczepiają się na dwa kraje. Siłą rzeczy wszystko to, czego doświadczam, przenika do moich książek. Emigracja jest dla mnie pojęciem, przeżyciem dużo szerszym niż banalne ramy szybkiego dorobienia się postawione przez ludzi, którzy nigdy za granica nie pracowali. Poza tym ,nie wszyscy wyjeżdżają ´´za chlebem``, wszyscy jednak, którzy wyjeżdżają, doświadczają tęsknoty za krajem. Nie mam specjalnego sposobu na radzenie sobie z tą tęsknotą. Najlepiej byłoby wsiąść w samolot za każdym razem, kiedy się ckni i przylecieć do kraju. Niestety nie jest to możliwe. Przywołuję więc czasami obrazy Polski w mojej wyobraźni. Dzielę się historią, opowieściami z Polski z kolegami z pracy, śpiewam pod nosem po polsku... Drobne, ważne rzeczy. Nie mogę nie wspomnieć o szmuglowaniu przez granice kiełbasy krakowskiej, kabanosów, czy prezentów tak deficytowych jak smalec zrobiony przez Elę Cherezinską. Była u mnie zeszłego lata. Dostałam wisienki własnej roboty w cudnym słoiczku, powidła śliwkowe, polską czekoladę, kukułki i wspomniany smaluszek. To są rzeczy na wagę złota. Nie żartuję. Kukułki wydzielałam moim chłopcom po jednej w każdy weekend :) 

Edyta Szałek

Czytałam wszystkie Twoje książki i muszę przyznać, że najbardziej podoba mi się ostatnia, czyli "Łowcy wielorybów". Kiedy kolejna powieść? 

Jakiś czas temu zaczęłam prace nad książką pt. Solhaug. W międzyczasie wpadłam na inny pomysł - nowa książka - który natarczywie szwenda mi się po głowie. Więc nie wiem co robić :) Czuję, że ten drugi pomysł dojrzewa sobie, przetrawiam go, przerabiam... Jeśli przyjdzie czas zostanie zrealizowany, jeśli nie, być może skończę Solhaug.

Więc czekam z zaciekawieniem na Twoją kolejną książkę. Dziękuję za rozmowę. 

Edyta Szałek:
powieści- "Sen zielonych powiek", "Kamieniczka", "Łowcy wielorybów";
antologie- "Dziewczyńskie bajki na dobranoc", "Nie pytaj o Polskę".

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Marika Krajniewska- kobiecość i pasja


Z Mariką Krajniewską rozmawia Joanna Markowska.

Jesteś właścicielką Wydawnictwa Papierowy Motyl, redaktor naczelną, dziennikarką, tłumaczką, instruktorką fitness... matką i panią domu. Kiedy znajdujesz czas na pisanie książek?

Znalazłoby się jeszcze kilka fuch, ale tak na poważnie, obecnie zajmuję się głównie kierowaniem pracami wydawniczymi oraz prowadzeniem portalu http://www.oniona.info, w którym jestem redaktorem naczelnym. Po pracy wypełniam obowiązki domowe i sprawy drobniejsze, których czasem jest dużo. A pisanie? Pisanie jest wieczorami, kiedy nie mogąc się pogodzić z kończącym się dniem, wyrywam resztkami sił parę godzin na moje "drugie życie". Oczywiście często trzeba wybierać i mieć poukładane odpowiednio priorytety, a to jest naprawdę sztuka.



Co robisz, gdy wena dopada Cię podczas wykonywania jednego z ważnych zadań?

Moja wena współpracuje że mną dobrze. Kiedy nadchodzi, a ja nie mam możliwości by rzucić wszystko i pisać, rozsiada się w mojej głowie i czeka tyle, ile trzeba. Fakt, myśli wtedy zajęte są tylko i wyłącznie tym, co mi ta wena podpowiada i czuję wielką chęć pisania w takich chwilach. Ale ona nie ucieka, cierpliwie czeka, aż znajdę się przy laptopie.


Czyli nie mamy co liczyć na rękodzieła pisane piórem? 

Piórem jak najbardziej, w tym roku dostałam takowe od Mikołaja pod choinkę, chyba byłam grzeczna w zeszłym roku. Jednak raczej nie przerzucę się na pisanie nim, ale jest idealne do podpisywania książek. 


Lubisz rozdawać autografy i dedykacje?

Nie lubię pisać dedykacji .Wszystko, o czym chcę powiedzieć czytelnikom, zawarte jest w książce, którą mam podpisać. 


Wspierasz debiutujących pisarzy. Niektórym z nich brak wiary w siebie i w to, że mogą stworzyć dzieło. Co byś poradziła początkującym?

Też byłam początkująca, zresztą ciągle się uczę, ciągle rozwijam, bo rozwój jest bardzo ważny we wszystkim co robimy. Uwierzyłam w siebie dopiero po wygranej w konkursie magazynu "Pani". Debiutantom nie jest łatwo na polskim rynku wydawniczym. Doskonale wiemy, że mając pieniądze można wypromować wszystko co się da, nawet to, co się nie nadaje do czytania. Taka jest prawda. A dobra książka sama się oczywiście obroni, ale tylko pod warunkiem, że dotrze do niej czytelnik, co przy różnych praktykach księgarzy nie zawsze jest to takie oczywiste. Moja rada jako wydawcy: pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Pokazywać swoje dzieła, nie bać się krytyki. Odrzucać krytykę, która nic nie wnosi, nie załamywać się negatywnymi komentarzami, ale szanować krytykę mądrą i dalej pisać. Bardzo dobrym rozwiązaniem, naprawdę dającym możliwość rozwinięcia skrzydeł są warsztaty kreatywnego pisania, zwłaszcza dla osób początkujących. Mogę polecić z czystym sumieniem dwa: w Instytucie Badań Literackich PAN oraz w Bahama Films.


Jednak wielu początkujących pisarzy nie korzysta z warsztatów. Mądra krytyka jest motywująca. Najczęściej jednak wydawnictwa, odrzucając czyjąś pracę nie podają powodów, dla których nie chcą współpracować w autorem. W tym wypadku za wystawienie opinii i pokazanie błędów trzeba zapłacić. Jak to wygląda w Wydawnictwie Papierowy Motyl?

Szczerze mówiąc, jeśli odrzucamy tekst, informujemy o tym autora. Opinię wystawiamy na życzenie autora, wtedy wymieniamy co naszym zdaniem nie nadaje się do publikacji, co należałoby poprawić. Duże wydawnictwa są przepełnione propozycjami wydawniczymi, nie mają czasu na dokładne zapoznanie się z tekstem, a co dopiero napisać recenzję, nie ma się więc co dziwić, że tak jest. Często też wydawnictwa mają określony plan wydawniczy na parę lat naprzód. Sama się z tym zetknęłam, kiedy chciałam wydać swoją debiutancką powieść. I to też jest zrozumiałe, bo działania wydawnicze trzeba dokładnie zaplanować na wiele miesięcy przed datą premiery książki i dokładnie oszacować budżet.


Temat jaki podejmuje pisarz ma chyba kluczowe znaczenie?

Raczej sposób jego przedstawienia. Należy napisać tak, aby czytelnik wszedł w niego i nie chciał opuszczać przedstawionego świata albo czuł się tak, jakby przez dziurkę od klucza podpatrywał rozgrywającą się w treści historię. I muszą być emocje, one są bardzo ważne. Książka musi
tętnić życiem.


Co pomaga Ci się skoncentrować podczas tworzenia? Preferujesz ciszę czy
może jakiś rodzaj muzyki?


Wolę zdecydowanie ciszę. Jednak są takie chwile, kiedy potrzebuję zahaczyć o YouTube, ale tylko na momencik, by usłyszeć np. piosenkę z dzieciństwa. A tak na dobrą sprawę, kiedy jest potrzeba pisania, po prostu siadam i piszę, nie zastanawiając się czy jest cisza czy też nie.


Do jakich piosenek z dzieciństwa najczęściej powracasz? Kto jest Twoim
ulubionym pisarzem?


Piosenki mojego dzieciństwa to oczywiście rosyjskie przeboje dla dzieci, ale również piosenki, których słuchałam chcąc nie chcąc, wraz z moimi rodzicami i starszym bratem. Specyfiką Rosjan jest to, że sztandarowi piosenkarze są wiecznie żywi, a ich piosenki od pokoleń są puszczane w rozgłośniach czy na licznych koncertach transmitowanych w telewizji. Może to się wydawać niedorzeczne, ale ma swój urok, zwłaszcza, że nie przeszkadza to wcale w promocji młodych zdolnych. Miłe uchu piosenki z dzieciństwa to także przeboje Beatlesów, bardzo dobrze zapamiętałam okres fascynacji mojego brata chłopcami z Liverpoolu. Natomiast nie jestem osobą, która ma swój określony ulubiony styl w muzyce. Lubię dobrą muzykę, czyli taką, która mi się po prostu podoba, od współczesności po klasyków, potrzebuję i jednej i drugiej, ale czasami, nie często. O wiele częściej potrzebuję literatury, aby móc zrobić wdech przed wydechem. Rosyjscy klasycy zawsze będą zajmować pierwsze miejsce, a tuż za nimi współczesna literatura z całego świata.



W książkach wspominasz historię wojenną i okres blokady Leningradu. Czy
to dlatego, że dotknęła ona bezpośrednio Twojej rodziny?


Wspominam o wielu historiach wojennych i powojennych, opisuję to zwłaszcza w swoich opowiadaniach, wplatam do powieści. Czuję, że powinnam, że nie możemy zapominać o przeszłości, może zostałam tak wychowana. Moi przodkowie zostali dotknięci tragicznym losem tamtych czasów, jedni mniej, inni bardziej, a ja już jako mała dziewczynka interesowałam się filmami o wojnie, zwłaszcza jeśli bohaterami tych filmów były dzieci. Potem przyszła fascynacja losem kobiet na wojnie. Bardzo się cieszę, że wydawnictwo Czarne wydało książkę Swietlany Aleksijewicz o tym, jak kobiety radziły sobie podczas wojny. Polecam wszystkim reportaże białoruskiej dziennikarki. A blokada Leningradu wzięła się stąd, że uwielbiając moje miasto,uwielbiam również jego historię i mieszkańców i nie mogę być obojętna na ich losy.


Przyjaźnisz się ze Stefanem, dostojnym kotem perskim. Czy czujesz czasem
jego magię. Inspiruje Cię w jakiś sposób?


Stefana uwielbiam, jest to niesamowicie grzeczny i dostojny kot. Nie wiem, czy to za sprawą kociej magii, czy zwykłego kociego lenistwa, ale jego spokój bardzo często przechodzi na mnie. Zawsze uważałam, że koty posiadają moc. Wyczuwają nastroje ludzi, nawet podobno potrafią kłaść się na człowieku w miejscu, w którym ma on jakieś schorzenie zdrowotne. Wierzę, że to prawda. Szkoda tylko, że Stefan mieszka na stałe w Toruniu. 


Jak myślisz, czy Twoją córeczkę Maję, również ogarnie pasja pisania? Co
ona lubi robić najbardziej?

Pasja do książek już ją ogarnęła, a pisania w jakimś stopniu także. Mamy na koncie wspólnie napisane opowiadanie, jej własne wierszyki oraz próby napisania i zilustrowania książeczek. Co prawda kończą się one na trzech zdaniach, ale czuję, że ona jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.

Jak to jest pisać wspólnie z drugim autorem? Masz już za sobą takie
doświadczenie z "Erą kobiet". Czy jeszcze kiedyś podejmiesz się takiego
zadania?


Wspólne pisanie wspominam bardzo miło. Było to, można powiedzieć, takie ćwiczenie kreatywnego pisania na dużą skalę .Polecam wszystkim takie pisanie, ponieważ niezwykle rozwija i jest bardzo inspirujące. Oczywiście współpiszące osoby muszą się zgadzać co do różnych kwestii i powinny umieć znaleźć wspólnie wyjście z sytuacji kryzysowych, np. kiedy bohaterka opisywana przez jednego autora ma inne zdanie niż postać, którą kreuje autor współpiszący. Miałam bardzo komfortową sytuację, gdyż Marzena Lickiewicz, z którą pisałam "Erę kobiet", i której pomysł realizowałyśmy, wspierała i uzupełniała doskonale moją bohaterkę, a ja jej.

Kiedy czytelnicy mogą spodziewać się Twej kolejnej powieści?
Bardzo mnie ciekawi jaką herbatę lubisz najbardziej?


Noszę się z zamiarem wydania tomiku opowiadań, który pojawi się wiosną lub jesienią, a nad powieścią pracuję. A jeśli chodzi o herbatę... Najbardziej lubię zieloną, na drugim miejscu jest nieśmiertelna czarna, ale pod warunkiem, że będzie z miodem i cytryną.


Serdecznie dziękuję za rozmowę. :)






Autor: Marika Krajniewska:
"Papierowy motyl"
"Zapach malin"
"Era kobiet"
"Za zakrętem"
"Pięć"