Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2015

"Życiorys PRL-em malowany" Lucyna Kleinert

Nie tęsknię za tamtym ustrojem. To nie z tęsknoty za nim
napisałam te wspomnienia. Nigdy w tamtych czasach , nikt...
i ja też, nie przypuszczał, że ten „najstabilniejszy z ustrojów” runie
ku zadowoleniu większości.
Lucyna Kleinert














„Życiorys PRL-em malowany„ Lucyny Kleinert, to opisane z nostalgią wspomnienia o Polsce Ludowej, w której jak twierdzi autorka, trzeba było: Chodzić do szkoły, na randki, wychodzić za mąż, rodzić dzieci, marzyć, pracować… jednym słowem żyć.

Na początku książki poznajemy żeńską część rodziny. Tryptyk, w którego skład wchodzi ciociababcia, babcia i mama. Dowiadujemy się, jakimi kobietami były i jakie wartości przekazały Luci. Następnie poznajemy ojca, który został pierwszym polskim komendantem wojennym, nosił na klapie baretkę z licznych orderów i Krzyż Walecznych.
W dalszej części życiorysu autorka wspomina dzieciństwo i lata szkolne. Poznajemy zabawki Luci, jej ulubione gry i zabawy oraz sklep papierniczy, który był dla niej jak z bajki. Lucia śpiewa, gra w teatrze i tańczy. Jest oczytana i podąża za modą. Ma też swoje za uszami, szczególnie podczas złotych szkolnych czasów, gdy dziewczyny rozkwitają, a nauczyciele nie posiadają krzty wyrozumiałości. Mimo wszystko PRL nie był znowu taki „od macochy”.
Pewnego razu udaje się Luci przeszmuglować z Leningradu litrowy słój kawioru uwielbianego przez jej mamę.
W końcu z Krakowa, którego nie ma, Lucia przyjeżdża na Śląsk. Tutaj już jako żona i matka boryka się z PRL-owską rzeczywistością. Mimo trudności napotykanych na drodze, przytrafiają się jej szczęśliwe zbiegi okoliczności. Na przykład zwrot zostawionej w taksówce kopertówki, w której oprócz dokumentów znajdowały się „kartki” na cały nadchodzący miesiąc. Lucia miewa również straszne sny, a portret Lenina, namalowanego na ścianie przez przyjaciela podczas jednej z domówek, prześladuje ją przez wiele lat, nie dając do końca zakryć się żadną farbą.

Czasy już robiły się ciężkie. Człowiek nigdy nie wiedział, co do domu przytarga, trafiając na okazję lub wystając w kolejce...
Zawsze lubiłam duże torby. Miara mojej torebki wygląda następująco: musi się w niej zmieścić 1 kg cukru, kg mąki i kg ziemniaków, wtedy ma należytą wielkość.

„Życiorys PRL-em malowany” czyta się lekko i z zaciekawieniem, tak jak słucha się opowieści z życia wziętych, popijając kawę w towarzystwie ciekawej osoby. Naturalny, prosty język, którym posługuje się autorka, przemawia do czytelnika wywołując empatię i zrozumienie. W książce nie brakuje wesołych momentów. Autoironia jest tu nie tylko świadomym zabiegiem artystycznego wyrazu, lecz odzwierciedleniem naturalnego poczucia humoru autorki. Wspomnienia wzbogacone anegdotami z życia codziennego przybierają różne barwy. Nie zawsze są kolorowe, ale przecież czarny i biały potrafią być równie mocno przepełnione emocjami, tylko na pozór zwykłego życia.

Na zakończenie mojej oceny zacytuję polonistę pana Ludwika B., który w taki oto sposób ocenił jedno z wypracowań pani Lucyny z czasów liceum: trzeba przyznać, że konstrukcja logiczna całości, jest bez zarzutu – bardzo dobry. ;)

Gorąco polecam


Joanna Markowska



Tytuł: Życiorys PRL-em malowany.
Autor: Lucyna Kleinert
Wydawnictwo: Self Publishing, Grudzień 2014
Okładka: miękka
Liczba stron: 278
Wymiary: 148 x 210 mm
ISBN: 978-83-941090-0-4




Lucyna Kleinert ur. 6 czerwca 1947r w Bochni. Od najmłodszych lat mieszkała w Krakowie. W wieku 22 lat przyjechała z mężem na Śląsk. 
Do dziś mieszka w Chorzowie. Wielką miłością darzy włoskie miasto Ascoli Piceno, zwane też „miastem 100 wież”.
Życie zawodowe związała z kulturą i oświatą.
Finalistka II Edycji Ogólnopolskich Wyborów Miss po 50ce.
Autorka włoskich wspomnień, które ukazały się w 2013 roku i kojarzona z opowieściami o Italii. W przygotowaniu 2. część wspomnień „Dziennika badante czyli Italia pod podszewką”. Będą to „Opowieści ascolańskie i inna włoszczyzna”. 





wtorek, 9 października 2012

Apel do ludzi dokarmiających ptaki.


Ludzie, nie dokarmiajcie łabędzi i kaczek pieczywem!!!
To ptaki roślinożerne!  
Chleb szkodzi ptakom, które będąc roślinożernymi, nie posiadają kwaśnego odczynu w żołądku.
Pożywieniem kaczek i łabędzi są przede wszystkim rośliny wodne, małże, ślimaki i larwy owadów, a z końcem października obserwować można krzyżówki z dala od wody delektujące się opadniętymi z drzew rajskimi jabłuszkami, łabędzie zaś „czyszczą” stawy ze zbutwiałych roślin.



Niestety dwa z pięciu młodych łabędzi już nie żyją. 
Jeśli chcecie podziwiać ich piękno najlepiej zostawcie je w spokoju i pozwólcie im żyć. 







Więcej informacji o karmieniu ptaków znajdziecie np. tutaj:
http://www.mmtrojmiasto.pl/253047/2008/2/20/labedzie-nalezy-karmic-warzywami?category=news 
http://www.miastoiptaki.pl/tag/karmienie/#.UHRw4676lXs


Zdjęcia: Joanna Markowska
Miasto: Chorzów

niedziela, 9 września 2012

"Garet dorasta" Joanna Szarras

Człowiek nigdy nie wie, co uczyni jego życie kompletnym. Czasami może to być po prostu bezpański pies.”

„Garet dorasta” to opowieść ciepła i lekka, napisana z poczuciem humoru, którego autorce na pewno nie brakuje. Posiadając szczeniaka z pełnoobjawowym ADHD miała dwa wyjścia - siąść i płakać, lub podejść do sprawy na luzie, śmiać się z panującego w domu chaosu i napisać tę książkę.
Stalowych nerwów potrzeba, aby nie zwariować na widok poniszczonych mebli, podartych zasłon, zjedzonych książek, poszarpanych poduszek, ubrań porozrzucanych po całym domu, doniczek z rozsypaną na podłodze ziemią. Garet wymaga dwudziestoczterogodzinnej opieki, a raczej kontroli. To, co wyprawia ten czworonóg przyprawia o ból głowy. Nic, tylko współczuć i podziwiać właścicieli takich zwierząt. Kto miał w domu szczeniaka, ten wie czym może grozić jego obecność. Na szczęście nie każdy czworonóg jest aż tak nieznośny. Tak czy inaczej trzeba się liczyć z tym, że jego obecność sprawi, iż nic nie będzie już tak jak dawniej.
Tych, którzy jeszcze nie zdecydowali się na przyjaźń z młodym zwierzakiem, lektura tej książki może zniechęcić do podjęcia próby. Nie mniej jednak warto ją przeczytać. Jest dowodem na to, iż przywiązanie sprawia, że człowiek jest w stanie wiele wybaczyć, nawet zwierzęciu.
Autorka nie poleca opowieści o Garecie ludziom lubiącym zwierzęta w sposób zdroworozsądkowy. Natomiast ten specyficzny pamiętnik dedykuje tym, którzy kochają zwierzaki całym sercem, jak pełnoprawnych partnerów- czujących, myślących. Wyjątkowych już choćby dlatego, że nigdy nie zdradzą, nie kryją się za maskami, a swoje uczucia wyrażają w sposób otwarty i jednoznaczny. Nie mało jest takich Garetów wzbudzających sympatię i współczucie zarazem. Takiego typu słodkiej ciapy pakującej się w coraz to nowsze kłopoty nie da się po prostu nie lubić.

„Garet dorasta” to zbiór anegdot i opowieści podyktowanych doświadczeniem posiadana niesfornego psa. Historia przedstawiona przez Joanna Szarras utrzymana jest w formie dziennika. Trudno jest ją zaklasyfikować do konkretnego gatunku powieści. Fabułę książki stanowi życie Gareta i jego kocich współlokatorów. Są oni pierwszoplanowymi bohaterami książki. Dlatego przede wszystkim jest to lektura dla miłośników zwierząt.


Joanna Markowska



Tytuł:Garet dorasta
Autor:Joanna Szarras
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 2012-04-03
Kategoria: Literatura piękna
ISBN: 9788377850299
Ilość stron: 480

 



poniedziałek, 25 czerwca 2012

"12 x śmierć" Michał Pauli

„12 x śmierć” to reportaż napisany na podstawie własnych przeżyć autora. Historia, która przydarzyła się Michałowi podczas jednej z podróży do Tajlandii. Za handel narkotykami trafia on do jednego z najcięższych więzień świata - Bang Kwang. Zostaje skazany na dwanaście kar śmierci zamienionych w drodze łaski na dożywocie. Nikt nie spodziewałby się tak wysokiej kary, ale to jest Tajlandia, tu wszystko jest możliwe. Michał Pauli opisując swoje sześć lat za murami, ukazuje drugą stronę tego kraju, zwanego przez turystów Krainą Uśmiechu.
W Tajlandii ściganiem handlarzy narkotykami zajmuje się skorumpowana policja. Na komisariacie Michał dostał do podpisania własne zeznania w języku tajskim. Wtedy też wyszło na jaw, że znajoma, która zaproponowała mu współpracę i przemyt ekstasy, pracuje dla policji. Kobieta za każdego złapanego dilera dostawała dodatkowe pieniądze. Takim sposobem niefortunna decyzja skończyła się dla Michała tragicznie zamieniając egzotyczną wyprawę w niewyobrażalny horror.

Widok śmierci towarzyszy więźniom praktycznie przez cały okres pobytu w więzieniu. Stosunek do więźniów w Tajlandii jest zupełnie inny niż w Polsce. Ludzie trzymani są w zatłoczonych klatkach, po czterdzieści, pięćdziesiąt osób. Nogi mają spętane ciężkimi, kilkukilogramowymi łańcuchami. Strażnicy stosują agresję i przemoc. Na wszystko jest ściśle wyznaczony czas. Dzień zaczyna się od modlitwy i apelu. Szybka, wspólna toaleta w mętnej wodzie. Potem czas spędzony na małym placu. Tajowie wtedy pracują, aby oprócz ohydnej ryżowej papki móc zjeść coś innego. Obcokrajowcy mają czas dla siebie. Nie dają się wykorzystywać do więziennych robót, ale za lepsze pożywienie muszą płacić wysokie sumy. O piętnastej powrót do ciasnych klatek. W więzieniu panuje brud i smród. Ciała osób zmarłych w piątek popołudniu zabierane są dopiero w poniedziałek rano. Przy upałach panujących przez większą część roku nie sposób nie czuć odoru rozkładu. Świadomość, że można tak uwłaczająco skończyć jest wstrząsająca. Niestety, brak odpowiedniej opieki lekarskiej zwiększa umieralność wśród więźniów.
Jakby tego było mało, kontakt ze światem zewnętrznym jest bardzo ograniczony. Korespondencja najczęściej nie dociera, a spotkania z konsulatem są nadzwyczaj odległe w czasie. Na rozprawę także czeka się wieki. Michał Pauli cudem wydostał się na wolność. Podczas odsiadki dowiedział się od współwięźniów o pewnej możliwości ułaskawienia. Należało błagać o nią samego króla Tajlandii. Po wielu listach i zawartych w nich prośbach Michała wsparło trzech polskich prezydentów: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski i Lech Kaczyński. Pełen ulotnych nadziei, wciąż niepewny przyszłości, pewnego dnia jednak wyszedł na wolność.


Czytając „12 x śmierć” poznajemy innych więźniów, których Michał miał okazję poznać. Oprócz swojej historii przedstawia losy ludzi, którzy trafili do tego więzienia, głównie za narkotyki. Nie do pomyślenia jest to, jak wielu z nich nie miało z narkotykami nic do czynienia. Byli jedynie rodziną, kolegami, znajomymi dealerów. Ale to bez znaczenia, sąd wie lepiej kto jest winny, ma niepodważalne dowody... kwalifikujące podejrzanych również do otrzymania kary śmierci.
Pauli w swojej książce pokazuje, jak zmanipulowany jest system sądowniczy w Tajlandii. Chce uświadomić ludziom, że Tajowie uśmiechają się niekoniecznie z sympatii, a ich kraj to nie tylko bogata kultura i egzotyczne widoki. Tu kary za powiązania z narkotykami są o wiele surowsze niż za morderstwo. Stanowi to jeszcze większą paranoję w zestawieniu z korupcją i handlem narkotykami, która jest powszechna wśród samych strażników.

Zachęcam do przeczytania tej książki. Z jednej strony stanowi ona katharsis dla autora, lecz z drugiej jest przestrogą dla podróżników udających się w te rejony. Otwiera czytelnikowi oczy na sprawy, o których nie miał pojęcia. Pokazuje oblicze cierpienia, którego tak łatwo doświadczyć za sprawą jednej, nieodpowiedniej decyzji.

Książka zawiera ciekawe ilustracje przedstawiające więzienne życie. Ich autorem jest również Michał Pauli. Powstały podczas jego pobytu w Bang Kwang.



Joanna Markowska


Tytuł: 12xśmierć
Autor: Michał Pauli
Wydawnictwo: Artest
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 240
Rok wydania: 2011
Wymiary: 12.5 x 19.5 cm
ISBN: 9788393138036




notka o autorze:

Michał Pauli urodził się 1972 roku w Kielcach, gdzie spędził swoje młode lata. Kolejno mieszkał w Krakowie, Krynicy, Łodzi, Berlinie, Amsterdamie, Tuluzie, Częstochowie, Barcelonie, Zagnańsku, Łodzi... Studiował w łódzkiej ASP. Sam mówi, że w życiu najbardziej udała mu się wspaniała córka. Jako artysta plastyk zajmował się ceramiką i sztuką użytkową, prowadząc własną pracownię. Kiepskie dochody z ceramiki i rozpad małżeństwa spowodował, że postanowił wrócić do życia w podróży. 





poniedziałek, 30 stycznia 2012

"Kot święty i przeklęty" Bogda Balicka

„Kot święty i przeklęty” to Biblia dla kociarzy i nie tylko. Bogda Balicka jest wnikliwą obserwatorką zakochaną w kotach od trzydziestu lat. Te zwierzęta wciąż są dla niej zagadką i natchnieniem w pracy twórczej. W książce autorka zamieściła „kocie” cytaty, informacje, fragmenty z dzieł wybitnych klasyków, biografii, wspomnień i dzieł naukowych. Nie chce, by te perełki literackie przepadły gdzieś w otchłani bibliotek. Uważa, że każda z nich wzbogaca naszą wiedzę o kotach, więc wplata je w swoje obserwacje i przemyślenia na temat kociej natury.
Po lekturze "Kota świętego i przeklętego" moja lista książek, które chcę przeczytać wzbogaciła się o wiele pozycji proponowanych przez Panią Balicką. Poznałam przy tym wielu wielbicieli kotów i ich pupili, jak również dowiedziałam się kilku ciekawostek. Na przykład tego, że kotem ubiegłego stulecia został Kot z Cheshire z „Alicji w Krainie Czarów”.
A czy wiecie jak miał na imię najdroższy kot świata? Albo skąd pochodził najsłynniejszy, najbardziej zaradny kot, który sprawił najwięcej zamieszania? Tego wszystkiego, i jeszcze więcej, dowiecie się z tej książki.
"Mają 244 kości, o czterdzieści więcej od ludzi. Mają ponad pięćset mięśni, a człowiek- mimo swej wielkości – ma ich tylko o 150 więcej. Najcenniejsze mięśnie uruchamiają tylne łapy, kark i – w trzeciej kolejności- przednie łapy. Aby całą tę maszynerię utrzymać w zdrowiu i gotowości, kot po każdym relaksie uprawia gimnastykę (zwaną stretchingiem), która pomaga mu naciągnąć każde włókno. Ich ucho ma 30 mięśni, o 26 więcej niż ludzkie. Dzięki temu kot słyszy najcichsze dźwięki nie odwracając głowy. Kot potrafi godzinami wpatrywać się w coś dla niego ważnego nie mrugając powiekami. Widzi znakomicie w nocy, wystarczy mu do tego nawet tylko cień światła." (B. Balicka)

W "Kocie świętym i przeklętym" znajdujemy ciekawe wróżby, rytuały i zaklęcia związane z tym zwierzęciem. Czytamy o kociej magii i naukach tajemnych, o roli kota jako zwierzęcia i symbolu w wielu kulturach i religiach świata. Zapoznajemy się z przesądami i mitami dotyczącymi kotów. Ezoteryka stanowi sporą część tej książki. Dzięki temu możemy, w naszym domowym przyjacielu, dostrzec jeszcze więcej cech zwierzęcia magicznego.
"Mają koty siódmy zmysł, zwany chemicznym. W klasyfikacji mieści się on między węchem a smakiem." (Pirincci)

Zachęcam do sięgnięcia po tę książkę. Na pewno będzie niebanalnym prezentem dla kociego wielbiciela.
                                                                                    Joanna Markowska


Tytuł: Kot święty i przeklęty
Autorka: Bogda Balicka
Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Ilość stron: 155
ISBN: 987-83-7377-214-4
Cena: 16,90zł


środa, 30 listopada 2011

Miejskie Podróże Książkowe.

W dniach 21-25.11.2011 Fundacja Bookarest oraz portal lubimyczytać.pl zorganizowały akcję „MPK=Miejskie Podróże Książkowe”. To kampania społeczna, mająca na celu promocję czytelnictwa w poznańskich tramwajach i autobusach, opierająca się na założeniu pożytecznego wykorzystywania czasu. 

Statystyczny Polak spędza w komunikacji miejskiej 20 minut dziennie. Przy założeniu, że średni czas spędzony w tramwaju to 20 minut dziennie, średnia prędkość czytania to 200 słów na minutę, a jedna strona książki to około 200 słów, w ciągu roku, wykorzystując czas spędzony w komunikacji miejskiej, można przeczytać 10 książek rocznie! Organizatorzy chcą stworzyć wśród pasażerów komunikacji miejskiej modę na czytanie książek w codziennej drodze do pracy czy do szkoły.
Podczas pięciu dni trwania kampanii Poznań stał się areną niezwykłych literackich wydarzeń. W miasto wyruszyły tramwaje oklejone hasłami promującymi czytelnictwo, na przystankach i słupach miejskich umieszczono plakaty zachęcające do podróży z książką.
Poznańskie tramwaje i autobusy codziennie odwiedzali „książkowi kontrolerzy”. Zamiast sprawdzać bilety, wręczali pasażerom fragmenty książek oraz zapraszali do poznańskich bibliotek i księgarń.





Bardzo dobry pomysł. Projekt został w całości sfinansowany ze środków Miasta Poznań. Fajnie by było, gdyby akcja rozprzestrzeniła się na większą skalę obejmując kolejne duże miasta.

Dobrze jest mieć przy sobie książkę, czy to w autobusie, czy w przychodni lekarskiej czekając na wizytę.
Na pewno wiele z Was korzysta z takich dodatkowych okazji na czytanie. :) 


środa, 2 listopada 2011

Mój pierwszy album

Podobno większość kobiet przesadza z celebrowaniem swojej pierwszej ciąży.
Jeśli chodzi o mnie to nie mam góry ciuchów ciążowych ani stosu poradników. ;)
Ale kupiłam album dla dziecka.


Tego rodzaju albumów jest na rynku mnóstwo. Dlaczego wybrałam akurat ten?
Po pierwsze ze względu na jego uniwersalność. Pod względem kolorystyki jest odpowiedni dla chłopca, jak również dla dziewczynki.
Po drugie spodobała mi się oprawa graficzna tej wesołej książeczki. Przede wszystkim kolorowe, zabawne rysunki zwierzątek przypominających zwierzątka, a nie jakieś bohomazy.




 


"Mój pierwszy album" daje rodzicom możliwość zebrania w nim najważniejszych informacji dotyczących noworodka. Nie jest jednak, jak wiele innych oglądanych przeze mnie albumów, obszerną encyklopedią na temat każdej przeżytej przez malucha minuty. Tak więc konkretnie, bez przesadnych ckliwości możemy upamiętnić w nim pierwszy rok życia naszego dziecka.


"Dziecko to otwarte, kiełkujące dopiero życie. Czuje ono, postrzega i pyta o coś, co już po chwili uchodzi jego uwagi. Nie troszczy się o swoje chwilowe objawienia i jest zaskoczone, gdy po pewnym czasie dorośli odczytują mu z zapisków, co też takiego mówiło i o co pytało." 
Karl Jaspers



Tytuł: Mój pierwszy album
Praca zbiorowa
Wydawnictwo Debit
Format: 24x25 cm
Oprawa twarda
Ilość stron: 48

czwartek, 30 czerwca 2011

"Na granicy snu" Anna M. Gorgolewska


„Na granicy snu” Anny M. Gorgolewskiej to lektura przeznaczona nie tylko dla młodzieży. Autorka przedstawia młodą dziewczynę przekraczającą próg dorosłości. Dzięki własnym doświadczeniom poznaje smak rozpaczy i bezradności. Odczuwa siłę prawdziwej przyjaźni. Dowiaduje się czym jest miłość i jakie wyrzeczenia ze sobą niesie.

W prezencie z okazji osiemnastych urodzin Renata dostaje samochód. Niedługo po tym, podczas jednej z pierwszych przejażdżek w deszczowy dzień, traci kontrolę nad pojazdem i ulega wypadkowi. Dziewczyna zapada w śpiączkę, która trwa dziesięć miesięcy. Przez ten czas pozostaje w szpitalu pod opieką specjalistów. Jędrek codziennie czyta siostrze kolejne fragmenty jej ulubionych powieści mając nadzieję, że wypowiadane słowa docierają do jej podświadomości. Rodzice również z niecierpliwością czekają aż córka się obudzi. W tym samym czasie dziewczyna znajduje się na granicy życia i śmierci. Kraina, do której przeniósł ją jej umysł to Koh-i-nor.
Na początku Renata nie pamięta skąd się tam wzięła i co się wydarzyło. Jednak stopniowo wszystko zaczyna się wyjaśniać. Bohaterka uświadamia sobie, że miejsce, w którym się znalazła widziała w snach. Tęskni za domem i chciałaby wrócić, ale inny problem zaprząta jej głowę. Stara się pomóc Kalmowi i jego siostrze w rozwiązaniu zagadki. Odpowiedź ma odwrócić klątwę, ciążącą na mieszkańcach tej przedziwnej krainy. Czy dziewczynie uda się pomóc przyjaciołom? Kim jest bestia niosąca postrach i śmierć w Koh-i-nor?

Koh-i-noor znaczy „Góra Światła”. To jeden z najbardziej znanych diamentów na świecie. Obecnie znajduje się w koronie brytyjskiej Królowej Matki. W Indiach krąży opowieść, że Koh-i-noor został odkryty na czole chłopca porzuconego nad brzegiem rzeki Jamuna i że noworodka zaniesiono wraz z diamentem na dwór władcy. Dziecko okazało się Karną, synem Boga Słońca. Kamień (o wadze 600 karatów) został osadzony w posągu boga Sziwy na miejscu trzeciego oka, oka olśnienia. Prawdopodobnie wydobyto go w kopalniach Bindżapuru, w środkowych Indiach - w kraju, który do XVIII wieku był wyłącznym producentem diamentów.*

„Na granicy snu” czyta się szybko i lekko. Autorka dedykuje swoja książkę rodzicom. Obecność silnych więzi rodzinnych odczuwa się również podczas lektury. W sytuacji, gdy życie najbliższej osoby jest zagrożone, trudne chwile można przetrwać jedynie trzymając się razem. Będąc podporą dla innych, czujemy większą nadzieję i wiarę w sobie. To książka o wytrwałości i sile determinacji, którą odkrywa we własnym wnętrzu człowiek dojrzały emocjonalnie.


* źródło- Wikipedia


Tytuł: Na granicy snu
Autor: Anna M. Gorgolewska
Wydawnictwo: Papierowy Motyl
Wydanie pierwsze: maj 2011
Liczba stron: 170
Format: 130 x 190 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 9788362222261


notka o autorce:

Anna M. Gorgolewska – mieszka w niewielkim nie wielkim miasteczku na Dolnym Śląsku. Bardzo kocha zwierzęta, zwłaszcza czarne koty. Od kilkunastu lat pracuje z dziećmi i młodzieżą. Interesuje się historią i archeologią. Uwielbia czytać (głównie literaturę faktu). Urodzona poetka, od kilku lat prozatorka, czerpiąca wielką radość z pisania.



sobota, 21 maja 2011

„Bojowa pieśń tygrysicy” Amy Chua


Tygrys, żywy symbol siły i władzy, budzi zwykle szacunek i lęk otoczenia.

Do sięgnięcia po „Bojową pieśń tygrysicy” skłoniło mnie pytanie zamieszczone na okładce. Dlaczego chińskie matki są najlepsze? Przez trzy lata prawie codziennie miałam kontakt z chińczykami, więc byłam ciekawa co na temat rodzicielstwa ma do powiedzenia autorka książki.

Amy Chua opisując historię swojej rodziny chciała stworzyć dowód na to, że chińscy rodzice umieją lepiej wychować dzieci niż rodzice zachodni. Mimo to podkreśla, że nie uogólnia, nie wrzuca ludzi do jednego worka. Nie odnosi się do wszystkich zachodnich rodziców bez wyjątku, jak również określenie „chińska matka” nie dotyczy wszystkich chińskich matek. Kulturowe stereotypy to drażliwy temat. Autorka nie obawia się mówić o nich otwarcie. Za przykład przedstawia swoją rodzinę.


Z książki dowiadujemy się tego, jakimi kategoriami myślą chińskie kobiety wychowując swoje dzieci. Np.:

Chińska matka wychodzi z założenia, że:
(1)naukę stawiamy na pierwszym miejscu;
(2)szóstka minus zły stopień;
(3)dziecko ma wyprzedzać resztę klasy w matematyce o dwa lata;
(4)nie należy chwalić dzieci publicznie;
(5)jeśli dziecko kiedykolwiek poróżni się z nauczycielem lub instruktorem zawsze stajemy po stronie nauczyciela lub instruktora;
(6)dzieci mogą uczestniczyć w zajęciach, w których jest szansa zdobycia medalu;
(7)złotego, oczywiście.

Chińscy rodzice mają nad swymi zachodnimi odpowiednikami dwie zasadnicze przewagi:
(1)większe ambicje wobec dzieci;
(2)większą wiarę w ich potencjał.

Zdaniem autorki taka postawa rodzica sprawia, że jest on „lepszy”, a co za tym idzie i jego dzieci są bardziej wartościowe od swoich rówieśników.

Rodzina Chua pochodzi z południowej prowincji Fujian w Chinach, słynącej z badaczy i naukowców. Tradycje w wychowaniu dzieci Amy wyniosła z domu. Nie uważała swego dzieciństwa za okropne, wręcz przeciwnie. Twierdzi, że rodzice dali jej niezachwianą pewność siebie.
W dużej części Azji kalectwo uchodzi za powód do wstydu. Rodzice Amy mieli bezduszny stosunek do kalectwa. Zmieniło się to, gdy na świat przyszła jej najmłodsza siostra. Cynthia urodziła się z syndromem Downa. Mimo rozczarowania matka nie dała za wygraną. Tak długo pomagała córce w nauce, aż w końcu dziewczyna zdobyła dwa złote medale w międzynarodowych olimpiadach specjalnych w pływaniu.
Chua za wszelką cenę pragnęła, by i jej córki odnosiły wielkie sukcesy i były sławne. Aby kultywować tradycję postanowiła zaszczepić w nich zamiłowanie do sztuki. Muzyka klasyczna stanowiła przeciwieństwo rozluźnienia obyczajów, lenistwa i wulgarności. Kobieta nie wierzyła w sposób przekupywania dzieci. Uważała, że zresztą jeśli już, to dzieci powinny płacić rodzicom. Niestety, gdy sytuacja wymykała się jej spod kontroli sięgała po te metodę nie mając innego wyjścia. Amy dbała o codzienne dawki ćwiczeń dla córek. Sophia już od trzeciego roku życia uczyła się gry na fortepianie. Jej młodsza siostra Lulu opanowała dwa instrumenty: fortepian i skrzypce. Nie obyło się bez wzajemnych gróźb, szantaży i wymuszeń. Kiedy dziewczynki szeptały do siebie nazywając matkę wariatką, ta tłumaczyła im, że jej celem jest przygotować je do życia a nie urobić na własne podobieństwo.

Chua twierdzi, że zachodni rodzice żyją w strachu, iż dziecko nabawi się kompleksów, martwią się o jego psychikę. Starają się zaszczepić w nim wiarę, że porażka nie jest niczym złym, a ono wciąż będzie kochane, niezależnie od wyników w nauce. Chińczycy wręcz przeciwnie. Zmuszają dzieci do ciągłej pracy, nie chwalą, a nawet nazywają „śmieciami”, gdy te nie spełniają ich oczekiwań. Z punktu widzenia chińskich rodziców dzieci są ich dłużnikami. Chińskie dzieci mają spłacić zaciągnięty dług, ślepo dochowując posłuszeństwa i nie szczędząc rodzicom powodów do dumy. Co wcale nie powinno odbić się negatywnie na ich młodej psychice, tylko zmusić i zmotywować do surowszej pracy nad sobą. Chińskie dzieci nie mają prawa do własnej woli i zachcianek. Chińczycy wychodzą z założenia, że rodzice to rodzice- zawdzięczamy im wszystko (nawet jeśli to nie prawda) i musimy dla nich robić co w naszej mocy (nawet jeśli rujnujemy sobie przez to życie).
Z moich obserwacji wynika, że nie u wszystkich rodzin chińskich tak to wygląda. Wyjątek jak najbardziej podkreśla regułę. Uważam, że sposób wychowywania dzieci nie zależy jedynie od narodowości i pochodzenia rodziców.

Przyznam szczerze, że jestem rozczarowana postawą autorki. Nie tym, że motywowała dziewczynki do ciężkiej pracy, że dała im szansę jakiej wiele dzieci nigdy nie miało. Razi mnie to, że autorka poprzez książkę promuje przede wszystkim siebie. Córki i ich poświęcenia odsuwa na drugi plan.
Ze zdaniem partnera prawie w ogóle się nie liczy. To ona podejmuje wszystkie decyzje związane z wychowywaniem córek. Mąż tylko czasem próbuje okiełznać jej przepełniony ambicjami temperament.
Mimo tego, iż Chua przyznaje się do porażki czytając ma się wrażenie, że córki były jedynie narzędziem służącym jej do wzniesienia siebie na piedestał. Mówi o sobie- Matka Tygrysica. Z pewnością tak chciałaby być postrzegana. Jeśli zależało jej na wzbudzaniu lęku to osiągnęła sukces, w sprawie szacunku w dużym stopni również. Ale nienawiść córki, która głośno mówi o swych uczuciach jest okropną porażką.
Zmagania Chua jako matki kochającej bez reszty wcale nie były takie trudne. Pieniądze, których nie brakowało, umożliwiały osiąganie zamierzonych wyników nauczania. Nowe instrumenty muzyczne, podróże, prywatni nauczyciele: bez tego wszystkiego sukces nie byłby możliwy. Nie każdy ma taką szansę, nawet jeśli jego ambicje w stosunku do pociech są bardzo wysokie.
Książka na pewno jest kontrowersyjna. Temat okazał się dobrym chwytem marketingowym- zachęca czytelników do sięgnięcia po nią. Niektórzy twierdzą, że pieniądze szczęścia nie dają. „Bojowa pieśń tygrysicy” to książka o tym, że się mylą.


Joanna Markowska


Tytuł: Bojowa pieśń tygrysicy
Autor: Amy Chua
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 280
ISBN: 978-83-7648-644-4
Oprawa: miękka ze skrzydełkiem


Notka o autorce:

Amy Chua- profesor prawa na Uniwersytecie Yale, urodzona w Stanach Zjednoczonych córka chińskich imigrantów. „Bojowa pieśń tygrysicy” to trzecia książka autorki. Prawa do jej przekładu sprzedano do kilkunastu państw, bardzo szybko zdobyła też listy bestsellerów. Wkrótce po wydaniu książki w Stanach Zjednoczonych rozpoczęła się ożywiona dyskusja wśród czytelników, rodziców i ekspertów.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

"Odsypiając przeszłość" Piotr Prokopiak


Przypomnij sobie gdzie twój ogród , i wracaj tam zawsze, ilekroć źle się dzieje, zawsze znajdziesz coś, dla czego warto żyć, choćby miało być to tylko wspomnienie, sentymentalizm w najbardziej ckliwej postaci...

Bohaterem powieści „Odsypiając przeszłość” jest człowiek o poetyckiej duszy, heretyk nie potrafiący odnaleźć się we współczesnym świecie. Znający Pismo Święte na pamięć zagubił się w bezsensie własnego powołania. Poczucie lęku wzmaga widok otaczających go ludzi, pędzących na łeb, na szyję ku zdobyciu dóbr materialnych. Niemożność pogodzenia się z cywilizacyjnym oderwaniem od natury, czyni z niego człowieka zamulonego. Pewnego dnia postanawia zakończyć swe cierpienie. Osobiście i na własne życzenie zgłasza się do „Soterionu”. Jako pacjent doświadcza tam przedziwnych sytuacji. Miewa wizje, które sprawiają, iż nie potrafi odróżnić snu od jawy. Słyszy ludzkie głosy, widzi postacie zmarłych, którzy byli mu bliscy. Zatraca się we wspomnieniach najlepszych z życia chwil, nie potrafiąc pogodzić się z teraźniejszością. Ośrodek, w którym się znalazł, tylko z pozoru jest zwykłym zakładem opieki zdrowotnej. Pod jego nazwą kryje się tajemnica, którą poznajemy podczas wnikliwego czytania.
Dzięki zapiskom prowadzonym przez Zamulonego mamy okazję do głębszej analizy tego, co dzieje się za progiem starego poniemieckiego budynku. Poznajemy resztę mieszkańców przebywających tam w celu odmulenia. Oto Gdaś, wiecznie nienajedzony, kochający życie i swojego Kalaputa. Janusz o smutnym spojrzeniu, zatopiony w gazetach i sobie...Przeżywająca schizofreniczną miłość Aga. Wytapirowana jak gejsza Pudernica. Wróblowaty Arek. Znający się na wszystkim Mirek. Mesjańsko cierpiący Alimenciarz. Piękna Helena... Jak również dwie barwne postacie o imionach: Moher i Towarzysz. Tak naprawdę w tych postaciach odnajdujemy samych siebie. Nasze poglądy religijne i polityczne, jak również problemy egzystencjalne obecnych czasów i tych z epoki PRL'u.

W polskiej literaturze nieczęsto mamy możliwość zetknięcia się z tak bezpośrednim przedstawieniem spraw wywołujących wiele kontrowersji w społeczeństwie. Czasem zazdroszczę sytym, mającym głowy zapchane papką z banału, którym wszystko jedno w dobrodusznej niewiedzy. Piotr Prokopiak podjął się nieprostego zadania poruszając sprawy ustroju politycznego Polski, w której kapitalizm i komunizm po dziś dzień są powodem zagorzałych dyskusji. Do tego dochodzi stanowisko Kościoła i jego odwieczna chęć wywierania wpływu. Dobro i zło współdziałają ku rozwojowi człowieka. W powieści obserwujemy jak Towarzysz uderzony w twarz przez Mohera nastawia drugi policzek. Słyszymy narzekania, że Era Kaczorów nie stwarza możliwości sensownego wyboru lepszej rzeczywistości. Nijakość i zakłamanie bywają gorsze niż surowy reżim. Demokracja, która powinna być wolnością, jest ułudą, w której trudno żyć. Kłamstwo stało się kapitałem społeczeństw. Hasło „telewizja kłamie” jest bardziej na czasie, niż kiedykolwiek. To kilka ważniejszych tematów, które porusza autor zestawiając ze sobą bohaterów o skrajnie różnych poglądach. Prowadzi tę dysputę w sposób bezpieczny. Nie opowiadając się po żadnej ze stron daje do zrozumienia, że życie weryfikuje nie tylko poglądy, ale także postawę serca, dla którego najbardziej dotkliwym doświadczeniem jest lekcja pokory.

wtorek, 29 marca 2011

"Saga Sigrun" Elżbieta Cherezińska

„Północna Droga-
jest zawsze tam gdzie mgła
gdy płyniesz na intuicję,
na cel.
jest lękiem i wyzwaniem
walką o siebie. o marzenia.
nawet jeśli płyniesz pod prąd.”
(z dedykacji od autorki) 



 
Po lekturze „Ja jestem Haldred” nie miałam wątpliwości, że muszę przeczytać sagę o Wikingach od początku. Zafascynowana staroskandynawską epiką, pragnęłam poznać szerzej ich świat. Kiedy otrzymałam wyczekiwany z niecierpliwością pierwszy tom „Północnej Drogi”- „Sagę Sigrun”, ucieszyłam się niezmiernie.

Porównując obie części Sagi nie sposób nie zauważyć, że ich bohaterki spotkały bardzo odmienne losy. Kiedy u jednej dominuje smutek i obrzydzenie do poświęceń, druga doświadcza przesytu dobroci i szczęścia rodzinnego. Myślę, że autorka celowo połączyła przyjaźnią i wzajemną zależnością tak kontrastowe postacie.   



Sigrun, w przeciwieństwie do Haldred, miała szczęście w miłości. Ojciec wybrał jej na męża wielkiego jarla Regina, w którym zakochała się z wzajemnością od pierwszego wejrzenia. Tych dwoje połączyła jedność dusz i zrozumienie. Czytali w swoich duszach, jak w otwartej księdze. Delektowanie się tak niebywałą miłością często zakłócał czas wojen, chorób i śmierci. Nagrodą za cierpliwość i oddanie było poczucie bezpieczeństwa w ramionach bliskiej osoby.
Żona Regina sprawdziła się nie tylko jako oddana nałożnica, ale również wzorowa matka i gospodyni. Oprócz dwójki własnych dzieci wychowała także potomków Haldred i syna Einara. Po problemach z zajściem w ciążę, darzyła je wszystkie czułością i troską. Spełniając swe matczyne powołanie, sprawowała opiekę nad powierzonymi Reginowi kandydatami na wojowników.

Bohaterami „Północnej Drogi” są postacie fikcyjne, umieszczone w realiach starożytnej Skandynawii w latach 945- 1000. Historyczne tło powieści zyskuje głębszy wymiar dzięki ciekawej formie przedstawienia odległych czasów. Poznajemy kulturę wikingów, sposoby walki o władzę, jak również obawy i nieufność w stosunku do chrześcijaństwa. Mimo wszystko pojawienie się nowej religii nie zakłóca jasności ich umysłów. Bohaterowie Sagi nie ulegają zabiegom nawracania, lecz jednocześnie nie wyrzekają się tych, którzy zamienili tak dobrze im znanych bogów na jednego, obcego. Dzieje się tak dlatego, ponieważ są otwarci i tolerancyjni. Cechuje ich nie tylko odwaga, ale i mądrość. Elżbieta Cherezińska stworzyła opowieść o wyjątkowo mocnych przyjaźniach. O lojalności, która jest dowodem na to, że nie trzeba być bratem krwi, by stać się rodziną i ramię w ramię bronić bliskich.

Na kartach „Północnej Drogi” czuć niezwykły klimat Skandynawii. Dajemy się zahipnotyzować baśniowej atmosferze run i zaklęć, będących częścią realnego życia sprzed wieków.
Subtelnie poprowadzona narracja sprawia, że sceny erotyczne nie są wulgarne. Nacechowane rytmiką, której daleko do rutyny, zaciekawiają swą odmiennością. Przedstawienie miłości przez ucieleśnienie nie ujmuje jej magii.
Odbywamy podróż pełną niebezpiecznych przygód, jak i powrotów świętowanych najlepszym miodem.

Z niecierpliwością wyczekuję kolejnej części - Sagi Einara. Jestem ciekawa, w jaki sposób bohater opowie nam o swoich przeżyciach tych trudnych dla niego lat.
„Północną Drogę” polecam również mężczyznom, którzy dzięki tej lekturze mają szansę uchylić rąbka kobiecej psychiki i fantazji. Poznać myśli płci pięknej i dostrzec w nich zaciekawienie męskim sposobem postrzegania rzeczywistości.


Tytuł: Saga Sigrun
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 2009
Kategoria: Literatura piękna
ISBN: 978-83-7506-351-6
Ilość stron: 408



notka o autorce:

 
Elżbieta Cherezińska - autorka książki „Byłam sekretarką Rumkowskiego. Dzienniki Etki Daum”, traktującej o historii getta łódzkiego, „Sagi Sigrun” i „Ja jestem Halderd”, wchodzących w skład cyklu "Północna Droga", oraz „Gry w kości”. 









 Już wkrótce kolejna część Północnej Drogi-   
 


piątek, 11 marca 2011

"Kamieniczka" Edyta Szałek

„Kamieniczka” to niepozorna książeczka, której szata graficzna zaciekawia od pierwszego spojrzenia. Jak okruchy chleba rozsypanego ptakom, wydziobujemy słowa ze stron sukcesywnie połykając treść. We wnętrzu książki odnajdujemy ścieżki prowadzące w różne strony świata. Przewidywalne splata się z nieoczekiwanym, by dać pole do działania naszej wyobraźni. Czytelnik może poczuć się artystą i z codziennych spraw stworzyć obraz, stosując paletę pełną barwnych marzeń.

Autorka posługując się prozą poetycką, stworzyła album przedstawiający chwile uchwycone uważnym spojrzeniem obserwatora. W tym wypadku za obiektywem stała Edyta Szałek. Migawką oka uchwyciła obrazy rzeczywistości, z których powstał album wart wspomnień. Spacerując ulicami sennego miasteczka, odkryła skromne, lecz warte uwagi zakątki ludzkiego jestestwa. Kelnerka, recepcjonista czy bizneswomen, Polacy czy obcokrajowcy- zwyczajni ludzie, tacy jak my. A każdy z nich wyjątkowy na swój sposób. 

Bohaterowie chwili grzebią wspomnienia, lub próbują wskrzesić niektóre z nich. Łączy ich samotność, obawy i tęsknoty, nad którymi starają się zapanować. Stoją na życiowym rozdrożu i szukają spokojnej przystani, w której mogliby odpocząć. W ciszy i spokoju, połączeni serdecznością, pełni doświadczeń - tworzą dalszą historię.


Edyta Szałek dedykując swą powieść mamie dała świadectwo wdzięczności za poświęcenie i wychowanie- za książki, najlepsze na świecie ciasteczka ze skwarków pieczone w dobie kryzysu, za ustępowanie miejsca, gdy wszyscy pchali się do pociągu życia, i za szuranie Twoich kapci po północy, kiedy układałaś krochmalone serwetki i pastowałaś podłogę.
Przebywając na obczyźnie, trudniej uciec od tęsknot i wspomnień. Autorka stopniując emocje, wskrzesiła nadzieję. Obrazowo przedstawiła, że warto być tam, gdzie czujemy się na swoim miejscu. Gdzie żyje nam się lepiej, bo dom jest tu, gdzie my jesteśmy. Nawet jeśli to ciasna izba sypiącej się kamieniczki. Przecież powrót nie musi być porażką czy okazaniem słabości. Wręcz przeciwnie, może stać się jedynym sposobem na przywrócenie wewnętrznego spokoju.

niedziela, 6 marca 2011

"Sen Zielonych Powiek" Edyta Szałek


„Idź własną drogą
Bo w tym cały sens istnienia
Żeby umieć żyć
Bez znieczulenia
Bez niepotrzebnych niespełnienia
Myśli złych”


Bohaterka powieści „Sen zielonych powiek” Edyty Szałek, starała się zrobić wszystko, by żyć według tej myśli. Greta, po opuszczeniu szpitala wybrała samotne życie z daleka od przeszłości. Wsiadając do pociągu najbardziej pragnęła zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Jednocześnie chciała zacząć wszystko od nowa, nie wiążąc uczuć z czymkolwiek. Żeby tego dokonać, potrzebowała znieczulenia. Zamknęła się w skorupie, nie pozwalając otoczeniu na bliższy kontakt. Atrakcyjna, interesująca kobieta mogła zdobyć każdego mężczyznę. Przelotne romanse były dla niej jedyną formą bliskości, która nie rani. Seks bez zaangażowania uczuciowego, nic więcej. Granica, którą oddzieliła siebie od ludzi, miała chronić nie tyle ją, co innych.
Przełamując stereotyp doskonałej pani domu, stała się kobietą nowoczesną. Singielką, która robi to co chce i kiedy chce, bez tłumaczenia komukolwiek motywów swych zachowań. Robiła to wszystko doznając cierpienia i bólu, który pozostaje, gdy los zabiera nam to, co jest sensem i treścią naszego istnienia. Styl życia, który wybrała byłby łatwiejszy do zrealizowania, gdyby nie uczucia. Nie szukała, wręcz unikała miłości, lecz... pewnego dnia pojawił się mężczyzna posiadający sposób na otworzenie skorupy, w której zamknęła się Greta.

Można wyczarować szczęśliwe zakończenia smutnych zdarzeń, można sprawić, by żadna istota nie była samotna i mogła pochować swoje dziecko, nawet jeśli jest ptakiem?

Greta uciekała od rzeczywistości w świat filmowych fantazji. Porównywała sytuacje życiowe do filmowych scen, a ludzi i ich zachowania - do aktorów odgrywających przypisane im role. Przecież wszystko można wyreżyserować. Nic nie musi być prawdą, a życie może być takie, jakim je sobie wykreujemy. Wspominając sceny z filmów: „Sztuczna inteligencja” i „Szósty zmysł”, umacniała siebie i otaczających ją ludzi w przekonaniu, że w jej życiu chodzi o coś bardziej wzniosłego. A zwykły rozkład dnia kryje w sobie zalążek niebanalnej historii. Niby ukradkiem i przez przypadek, w najmniej oczekiwanych momentach, pojawia się postać chłopca. Bez wątpienia między nim a Gretą jest jakaś niesprecyzowana więź. Jako czytelniczka, odbierałam te fantazje Grety jako swego rodzaju dążenie podświadomości ku przyswojeniu prawdy o jego istnieniu. Postać dziecka staje się coraz bardziej wyraźna, a częstotliwość snów bohaterki na jego temat wzrasta. Powoduje to, iż w końcu kobieta zaczyna szukać w sobie odpowiedzi na pytanie o przyczynę wewnętrznego cierpienia. Wątpliwości nie pozostają bez echa. W ich rozwianiu pomaga Joachim. Jest jak Anioł Stróż, lecz niesie bolesną, trudną do przyswojenia, ale jedyną prawdę, która może dać wolność.
Greta prowadzi wewnętrzną walkę, zastanawia się co powinna uczynić. W głowie słyszy dwa głosy. Jeden z nich, należy do zmęczonej kobiety, która nie ma już siły odgrywać wyreżyserowanych ról. W końcu ponownie chciałaby zasmakować miłości. Drugi głos upiera się, że to właśnie ona jest winna całemu nieszczęściu. Złe zdarzenia to nie bezpańskie psy, każde ma swojego pana, Ty jesteś panią jednego z nich... Ten drugi głos namawia do ucieczki od realiów, sugeruje, że nie warto próbować zmieniać czegokolwiek. Lecz to już nie jest sen o zielonym krokodylu i Greta zdaje sobie z tego sprawę.

W recenzjach „Snu zielonych powiek” czytamy, że jest to oniryczna powieść psychologiczna. Z całą pewnością to prawda. Już na początku książki natrafiamy na nazwę amitryptyliny - leku przeciwdepresyjnego, wywierającego działanie uspokajające i przeciwlękowe, który zażywa bohaterka. Dzięki tej wiedzy podczas czytania jesteśmy świadomi problemów zdrowotnych Grety. Odkrywanie kolejnych kart książki jest szukaniem odpowiedzi na nurtujące pytanie- co się faktycznie wydarzyło? Prawdy dowiadujemy się dopiero w chwili, gdy jednocześnie uświadamia ją sobie chora. Uspokojona i pozbawiona lęków, za sprawą leków zapominała o tym, co było przyczyną jej ciągłej ucieczki.

Brawa dla autorki należą się za brawurową konstrukcję fabuły. Edyta Szałek, jak sama twierdzi prócz oczywistej chęci przekazania myśli chce pisać książki ciekawe, ciekawe dla tych ludzi, których charakteryzuje pewna wrażliwość. Moim zdaniem bez wątpienia jej się to udaje, a książki, które publikuje są najlepszym tego dowodem. Czytając je, poznajemy talent i mądrość pisarki.

Sen zielonych powiek nie mógł trwać wiecznie. Skończył się wraz z książką, która o nim opowiada. Lecz czy powrót do rzeczywistości zawsze musi być straszny i zwiastować najgorsze? Może dzieci ptaków również mają sny? 

tytuł: Sen Zielonych Powiek
autor: Edyta Szałek
wydawca: Replika
data wydania: 2007
nr wydania: I
ISBN: 978-83-60383-31-5
liczba stron: 235
kategoria: literatura piękna

notka o autorce:

Edyta Szałek (ur. 1974). Socjolożka, pisarka, fotografka. W 2005 r. wygrała konkurs na Dziennik Literacki „Dzień po dniu” zorganizowany przez magazyn „Zwierciadło”. Przez kolejne dwa lata pisała do tego miesięcznika felietony „Miasteczko blisko morza”. Debiutancką książką Szałek jest „Sen zielonych powiek” z 2006 r. (Replika). Kolejna książka to zbiór opowiadań „Kamieniczka” (Amea) z 2009 r.
Na początku 2008 r. Edyta Szałek wyjechała do Norwegii. Początkowo, z uwagi na doświadczenie zdobyte w Polsce, pracowała jako dyrektor handlowy w jednej z norweskich firm. Potem postanowiła poświęcić się całkowicie trzem pasjom: socjologii, pisarstwu i fotografii. Pierwszą z nich realizuje pracując w bergeńskim Centrum Kryzysowym dla kobiet, w którym pomaga traumatycznie doświadczonym dzieciom pochodzącym z krajów całego świata. Miłość do kina i czarno-białej fotografii znalazła odzwierciedlenie w firmie Sokrates´Workshop, którą założyła rok temu ze swym życiowym partnerem. A pisanie? Na to jest czas zawsze i wszędzie – mówi Edyta. – Najczęściej jednak o świcie, kiedy norweskie fiordy przeciągają się jak koty, sroki przeszukują śmietniki, a stary zegar wybija za wczesną godzinę.

środa, 26 stycznia 2011

"Za zakrętem" Marika Krajniewska


Pierwszą książką, którą przeczytałam w nowym roku jest „Za zakrętem” Mariki Krajniewskiej. Dwa zimowe wieczory wystarczyły, by połknąć tę lekturę rozgrzewającą serce, jak kubek gorącej herbaty.
Tytuł powieści ma w sobie ukryte przesłanie- nasze życie jest pełne zakrętów, na których, bywa - wpadamy w poślizg. W takich okolicznościach zginęła para nastolatków, pozostawiając samotne matki niemogące pogodzić się z losem. I choć bardzo stara się go pokonać, wciąż pozostaje tuż przed. A to wszystko, czego pragnie wciąż pozostaje poza jej zasięgiem, tam, za zakrętem.

Czytając najnowszą powieść M. Krajniewskiej, poznajemy dwie matki: Annę i Irinę, połączone wspólnym cierpieniem po utracie swych jedynych dzieci. Anna chodzi drogami zmarłej córki, wprowadzając w życie wiele rytuałów przywołujących pamięć o niej. Irina zaszywa się w domu zagłuszając bolesną ciszę po utracie syna dźwiękiem programów telewizyjnych. Kobiety nie potrafią nazwać swej zażyłości koleżeństwem, przyjaźń zaś to za mocne słowo na określenie tego co je łączy. Są dla siebie siostrami niedoli. Spędzając na cmentarzu mnóstwo czasu, przywołują na myśl wspomnienia o nieżyjących dzieciach, starając oswoić się z nieodwracalnością śmierci. Wspólnie szukają drogi powrotnej do normalnego życia. Po czterech latach następuje przełom. Postanawiają spróbować żyć z dala od siebie, nie utrzymując kontaktu. W tym czasie dużo się zmienia. Ich psychika szuka pocieszenia w nowym otoczeniu. Wkrótce dostają od losu szansę na odnowienie znajomości, w której nie ma już miejsca na żal. Rozpoczynają nowy etap w życiu.

Fabuła trzyma w napięciu do samego końca. Trudno jest się oderwać od świata przedstawionego w powieści. Autorka - niczym przewodnik oprowadza nas po Petersburgu. Wraz z bohaterkami zwiedzamy muzea, galerie i parki poznając kulturę i zwyczaje mieszkańców. Niestety, podczas tej wycieczki nieraz potykamy się o bolesną rzeczywistość. To między innymi obrazy współczesnej młodzieży zażywającej narkotyki. Czujemy smród, patrzymy na ubóstwo bezdomnych i pijaków. Z książki emanuje smutek i ból, lecz dostrzegamy w niej również potęgę miłości, gdy okazuje się, że Los wyszedł zza zakrętu i wsparty o ramię Nadziei powędrował dalej.


Do wydawnictwa Papierowy Motyl
Tytuł: Za zakrętem
Autor: Marika Krajniewska
Wydawca: Papierowy Motyl
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 150 s.
Oprawa: miękka
Wymiar: 130x190 mm
EAN: 9788362222162
ISBN: 9788362222162


Już wkrótce wywiad z Mariką Krajniewską. To ta niespodzianka, o której wspominałam.

Serdecznie zapraszam!

czwartek, 9 grudnia 2010

"Zupa z ryby fugu" Monika Szwaja

Fugu dla odważnych i bogatych.

Do sięgnięcia po „Zupę z ryby fugu” skłoniła mnie okładka. Zaciekawiona obrazkiem kolczastej ryby ze smoczkiem przeczytałam opis:
„Ryba fugu jest bardzo smaczna, ale jeśli będziemy obchodzić się z nią nieostrożnie - możemy otruć siebie i współbiesiadników. Na śmierć. Podobnie z naszym życiem. Jest ono jak potrawa dla inteligentnych. Trzeba zawsze myśleć o tym, co robimy, jakie decyzje podejmujemy - choćby targały nami szekspirowskie zgoła emocje - inaczej może się tak zdarzyć, że ktoś (my sami?) zapłaci wysoką cenę za nasz brak rozwagi.”
Nadal nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po zawartości książki. Podejmując śledztwo nieufnie konsumowałam zaserwowane mi danie. O zdolnościach trujących ryby fugu dowiedziałam się z filmów kryminalnych, w których to detektywi starają się dociec, co było powodem śmierci ofiary. Postanowiłam zostać takim śledczym i wziąć sprawy w swoje ręce. Początek książki wydał mi się banalny, lecz im bliżej końca, tym treść stawała się ciekawsza, a zwroty akcji zaskakujące.
Anita i jej małżonek Cyprian- młodzi, piękni i bogaci ludzie bezskutecznie starają się o dziecko. Leczenie hormonalne, kilka nieudanych prób in vitro i wciąż nic. Na drugim planie urocza, uboga studentka Miranda, która dla pieniędzy i lepszego bytu posuwa się do czegoś, co jednak w dużym stopniu ją przerasta. Losy tych postaci splatają się ze sobą tworząc niebywałą, lecz pełną prawdy historię.
Najważniejszymi postaciami przedstawionymi przez autorkę są kobiety. Ich myślenie i postępowanie zmienia życie wielu osób. To one uparcie kierują wszystko na wybrany przez siebie tor, a towarzyszący im mężczyźni wspólnie ponoszą konsekwencje tych działań. Każda decyzja niesie ze sobą mnóstwo pytań, wątpliwości i obaw. Łatwo jest się zapętlić, szukając wyjścia z sytuacji, która prostych rozwiązań nie gwarantuje.

„Zupa z ryby fugu” to powieść przede wszystkim o tym, jak przekształca się psychika kobiety ślepo zawładniętej uczuciem niespełnionego macierzyństwa. Zwłaszcza jeśli rodzina naciska, że już najwyższy czas pomyśleć o potomku, który zagwarantuje kontynuację rodu. Znajomi natomiast mają mnóstwo rad, których szkoda nie wykorzystać. Ważną postacią jest na pewno Eliza, przyjaciółka Anity, której autorka nadała funkcję mąciciela i prowodyra. Udając bratnią duszę stara się wyciągnąć jak największe korzyści dla siebie, w tym również materialne. Jest ona tym wszystkim co sprawia, że słaby psychicznie człowiek daje sobą manipulować. To cichy głos diabła nakłaniającego do zła. Jest jak dobrze wymyślona reklama, dzięki której sięgamy nawet po to, co nie jest nam konieczne do przetrwania. Takich toksycznych ludzi trudno dostrzec na pierwszy rzut oka. To właśnie oni z premedytacją serwują dania pełne jadu zawartego w źle przyrządzonej rybie fugu.
Monika Szwaja w pełnej humoru powieści porusza trudny temat obecnych czasów. Jednak drogę zobrazowania go ułatwia sobie przedstawiając ludzi zamożnych, których stać na podejmowanie kosztownych decyzji. Druga rzecz to pozycja jaką zajmuje kościół w sprawie in vitro. Autorka ukazuje ją bez ogródek w bardzo dosadny sposób. Dobrze, że sięgnęłam po tę książkę, gdyż nie ma w niej ani kawałka moralizatorskiego, a lekkość pióra autorki skłania do głębszego zastanowienia. To właśnie po tej lekturze postanowiłam napisać artykułu pt.”Męskie decyzje o kobiecych łonach”.

Czy Zupę z ryby fugu można łatwo strawić? Niech każdy sam oceni. Korci mnie, by wyjawić jakim sposobem młodzi małżonkowie zostali rodzicami. Jednak na koniec zadam pytanie: czy matką jest ta, która urodziła?

                                                                     Joanna Markowska


notka o autorce: 
Monika Szwaja (ur. 1949) – polska pisarka i dziennikarka telewizyjna.
Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie w Poznaniu. Po studiach pracowała w telewizji, skąd została zwolniona w stanie wojennym. Przez następnych 8 lat pracowała jako nauczycielka języka polskiego i historii w małej miejscowości Podgórzyn położonej w Karkonoszach (na podstawie doświadczeń z tego okresu powstała powieść Jestem nudziarą). W 1989 roku wróciła do pracy w telewizji, w 2002 porzuciła ją na rzecz pisarstwa. Mieszka w Szczecinie, posiada własne wydawnictwo – SOL.


Tytuł: Zupa z ryby fugu
Autor: Monika Szwaja
Wydawnictwo: Sol, kwiecień 2010
ISBN: 978-83-62405-03-9
Ilość stron: 353
Oprawa miękka 


recenzja na Fatamorganie 

wtorek, 7 grudnia 2010

"Karczowiska" Anna Peplińska

 "Karczowiska" polecam przeczytać obowiązkowo. Każdy, mniej lub bardziej wrażliwy, powinien sięgnąć po tę mini powieść. Przypomina ona o tym, co zbyt często lekceważymy traktując jako nie mój problem.
Czy zastanawiacie się czasem jak będzie wyglądało wasze życie u jego kresu?
Czy wasi najbliżsi będą w stanie zająć się wami i pomóc w godnym przeżyciu wieku dojrzałego?

Ania Peplińska w "Karczowiskach" przedstawia świat z punktu widzenia wrażliwej pielęgniarki, gotowej do bezinteresownych poświęceń. Podobnie jak po lekturze "Zapachu malin" Mariki Krajniewskiej i tu odradza się w czytelniku nadzieja, że znieczulica społeczna nie zamroziła jeszcze wszystkich serc.

Mamy również okazję dowiedzieć się co czują ludzie oddani pod opiekę zakładom opiekuńczym. Poprzez wielogłosowość powieści autorka dała im szansę na spisanie wspomnień jej ręką. Często bezwładni i rozżaleni własną niemocą chcieliby wykrzyczeć siebie. Dać świadectwo temu, że wciąż istnieją, że żyją. Nie zawsze jednak się to udaje i pozostają niezrozumiani i samotni.

"Karczowiska" odsłaniają również ból młodszego pokolenia. Starość nie ominie nikogo, choroby się nie wybiera, ale najtrudniej jest patrzeć na chore i porzucone dzieci. W bezradności możemy jedynie otaczać je troską i miłością. Oprócz tego, wciąż nie potrafiąc pogodzić się z losem, pozostaje prosić o ulgę w ich cierpieniu.

Nad sensem życia i sprawiedliwością losu można by długo debatować. Z własnego doświadczenia dodam jeszcze, że to co dajemy innym wraca do nas z podwójną siłą. Nie zapominajmy o tym podczas pogoni za własnym szczęściem.

 
                                                                          Joanna Markowska

Tytuł: Karczowiska
Autor: Anna Peplińska

Wydawnictwo Papierowy Motyl
ISBN: 978-83-62222-11-7
Stron: 94