Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edyta Szałek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edyta Szałek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 maja 2011

Edyta Szałek- o tym, co sprawia, że jest wielorybnikiem życia.


Edyta Szałek- o tym, co sprawia, że jest wielorybnikiem życia.

Mam syndrom wielu piszących osób; im więcej piszę, tym mniej gadam i piszę o sobie. A jak już coś o sobie powiem albo napisze, to myślę: Chryste, co to za bzdury! Brrr... Kogo to interesuje?

Podoba mi się, gdy czytelnik daje sobie wolność interpretacji. Zawsze podchodzę do mojego pisania jak do rzemiosła. Mam na myśli to, że prócz oczywistej chęci przekazania myśli, chcę pisać książki ciekawe, ciekawe dla tych ludzi, których charakteryzuje pewna wrażliwość. Interpretacje więc to coś, co daje książkom wiele żyć, wcieleń i to jest fascynujące.



Kiedy zaczęłaś pisać, co Cię ku temu pchnęło? Jak to jest z weną?

Myślę o pisaniu, kiedy to się zaczęło? W szkole dobrze szło mi z polskiego, a czasami popisywałam w notesikach, na kartkach jakieś opowiadania. Pamiętam jedno zatytułowane "Muszelka", które napisałam mając lat 13, 14 - chyba gdzieś je jeszcze mam. Opowiadało o miłości. Już nie pamiętam, czy szczęśliwej, czy nie :) Powstało na fali pierwszej zagranicznej kolonii w NRD i Glenna Medeirosa w Radio :)) To były czasy!
Nigdy nie pisałam pamiętnika, choć zawsze był on w mojej głowie. Najwcześniej zapisane kartki wyblakły z upływem czasu. Najpóźniej zapisane, pachniały świeżym atramentem. W 2004r. Zwierciadło organizowało konkurs na dziennik "Dzień po dniu". Spróbowałam i ...wygrałam! Niewiele mieści się w tych dwóch słowach. Nie sądziłam, że doświadczenia opisane przeze mnie mogą konkurować z dramatycznymi losami, których wiele dookoła nas. Później prawie dwa lata pisania felietonów do Zwierciadła i pierwsza książka "Sen zielonych powiek". I jakoś tak to poszło. Wcale niełatwo , bo potrzeba pisania i możliwość wydania to planety tak odlegle, że aż niemożliwe, by je na jednej trajektorii osadzić. Próbuję jednak. Próbuję. Jak mi się mózg ulewa, to muszę to wypisać i oddać.
Pytałaś mnie o wenę... Nie wiem, czy coś takiego istnieje. Czasami wydaje mi się, że wena to po prostu odnalezienie ścieżki w gąszczu myśli, obserwacji - te są mi wyjątkowo bliskie- odczuć. Układanka, której elementy lądują na właściwym miejscu. Wena nie jest dla mnie kreacją czegoś z niczego. Taka kreacja to żmudna praca i tu moje ukłony w stronę pisarzy ´fantastycznych´ dosłownie i w przenośni. Jeśli wielkość pisarza mierzyć potęgą jego wyobraźni, to kłaniam się do ziemi tym, którzy kreują światy, zdarzenia, postaci z niczego.
Zdarza się, że jakaś myśl wpada nagle, staram się ją wtedy notować i obudować później. Najczęściej piszę rano. Jestem jak dziecko. Wieczorem szybko do łóżka, rano wcześnie do przedszkola :). Może troszkę inne godziny mimo wszystko, ale fakt lubię pisać rano, kiedy dom śpi, kawa pachnie wyjątkowo, bo jest pierwszym intensywnym zapachem dnia i .... Myśli też pachną wtedy inaczej. Prawda jest jednak taka, że jak trzeba pisać, to i w zatłoczonym pokoju potrafię, i na stacji, i w kawiarni.



Opowiedz o swojej pasji fotografowania. Od kiedy rozwijasz to zainteresowanie? Bardzo mi się podoba sesja z Elżbietą Cherezińską.

Z fotografowaniem to jest tak, że zdjęcia fascynowały mnie zawsze, ale robiłam je tylko hobbystycznie. Często wertowałam albumy fotograficzne, wygrzebywałam na strychach zapomniane przedwojenne zdjęcia polskich aktorów... Barszczewska, Bodo, Ćwiklińska. Co tu dużo mówić, fotografia to czysta magia, chwila zaklęta pod powieką. To, co mi się jednak podobało, nie podobało się innym. Grube ziarno, brak ostrości często uważane za odchylenie od normy, błąd w sztuce, mi się wydaje urokliwe; jest swego rodzaju narzędziem. W Norwegii fotografią zajęłam się na poważnie z uwagi na mojego partnera Thomasa Gudbrandsena, który fotografuje od zawsze. Oboje robiliśmy dużo reportaży ´ulicznych´ w kraju i za granica, a potem podjęliśmy decyzje o założeniu własnej firmy, która zajęła się również reportażem ślubnym. Podeszliśmy do tego z wielka pokorą, ale i odpowiedzialnością, inwestując w dobry sprzęt, reklamę i szkolenia. Czy się opłaciło? Chyba tak. Dostaliśmy się do międzynarodowego stowarzyszenia reporterów ślubnych WPJA, zarówno, gdy chodzi o fotografie czarno- białą jak i artystyczną. Mamy sporo zleceń. To miłe wyróżnienie, które otwiera pewne drogi. Ale i tak najpiękniejsze co dostajemy to więź, która nas łączy z poznanymi ludźmi. Rzadko kiedy nazywamy ich klientami; pamiętamy po prostu imiona :)
Co lubię fotografować najbardziej? Wszystko. Sceny są wszędzie. Czasami jest wyjątkowa kompozycja, czasami światło, czasami wyjątkowe zmarszczki... Zdarza mi się roztkliwiać nad kwiatkiem w lesie ;) Zgrywam to później na komp i myślę: ok... A to niby czemu? To chyba taki odruch. Bez aparatu zerwałabym kwiatek, z aparatem zrywam go obiektywem. Tak to wygląda :)

Wiesz dlaczego sesja z Elą jest piękna? Bo prócz mojego oka, Ela była totalnie wolna i kreatywna przed obiektywem... Soczewka była lustrem, w którym się przeglądała, tak jak robi kobieta, gdy nikt jej nie widzi... Tak chyba to czuje.

Elżbieta Cherezińska

W jakich okolicznościach poznałaś Elżbietę

Z Elką znamy się nie tak długo, ale za to intensywnie :)
Poznałyśmy się prawie dwa lata temu. Jej zepsuło się auto w Norwegii. Jako koleżanka naszej wspólnej koleżanki, próbowałam pomoc. I tak się jakoś zaczęło. A ze ona z 9. października, a ja z 8. i że jakoś nam dobrze się mailowało to i kontakt się umocnił. Założyłyśmy 2eCafe. Internetową kawiarnię tylko dla naszej dwójki. Spotykamy się tam na poranną kawę albo wieczornego kielicha. Czasami narzekamy przy stoliku, że jesteśmy grube, że dzieci nas nie słuchają, że kasy brak, a czasami cieszymy się z książek i małych drobnostek i serwujemy ciasto z bitą śmietaną (i pomyśleć, że to wszystko w wyobraźni). Czasami powstaje z tego kontaktu coś fajnego i artystycznego jak sesja Eli, którą zrobiłam, kiedy przyjechała do mnie z Rodziną. Obie pamiętamy ten dzień jako słoneczną magię.
Jesteśmy ostatnio zajęte, wiec 2eCafe porasta mech i pokrywa kurz. Czasami zajrzy jedna z nas, ogarnie stolik, zaparzy kawę i posiedzi, popatrzy... Zdarza się jednak, że w ferworze pracy znajdziemy chwile na plotki i wtedy 2eCafe ożywia się na moment. Ela to jednak tytan pracy, mądra, uzdolniona pisarka. Jej dzień pracy jest upchany do granic możliwości. Szanuję
to, bo wiem jakiego zorganizowania, dyscypliny potrzeba pisarzowi, który ma na głowie wiele projektów. Rozumiem wiec i nie grymaszę, wiem, że przyjdzie dzień kiedy to sobie odbijemy. Pisząc do Ciebie pojadam chleb ze smalcem od Elki. Ja kiedyś wysłałam jej brązowy ser z Norwegii. Ot, taka wymiana gospodarcza :)


Edyto, dlaczego Norwegia, jak się tam znalazłaś?
Pracujesz w bergeńskim Centrum Kryzysowym. Co Cię satysfakcjonuje, a czego nie lubisz w tej pracy?


Praca w handlu i marketingu nie była tym co chciałam robić, ale tym co musiałam. W miasteczku, z którego pochodzę, nie ma komfortu wyboru. Nie bez znaczenia jest fakt, ze wtedy, kiedy ja zaczynałam pracę, w Polsce marketing był hasłem magicznym. Wiele się przez kilka lat pracy w handlu i marketingu nauczyłam, ale najlepsze w tym było to, że z uwagi na tę prace trafiłam do Norwegii, ponieważ zaproponowano mi posadę tutaj. Kiedy jednak przyszedł czas na weryfikację tego co chcę, a tego co muszę, zdecydowałam się coś zmienić. W efekcie zmieniłam wszystko :)
O pracę w Centrum Kryzysowym dla Kobiet, starałam się dość długo. Korespondowało to z moim wykształceniem, ale i z sercem. Zawsze chciałam być bliżej ludzi, poznawać inne kultury... Praca w centrum przyniosła mi satysfakcje i wyzwania, ale też weryfikacje i potwierdzenia. Co innego jest mówić o rasizmie, tolerancji, szacunku do innej kultury, religii, a czym innym jest tego doświadczyć. To co jest dla mnie najtrudniejsze w pracy to dystans. Nie istnieje on w moim słowniku. Często zabieram do domu przypadki z centrum; kobiety sprzedane, bite, gwałcone, dzieci po traumatycznych przejściach... Świadomość, że możliwości pomocy są ograniczone, boli fizycznie. Świadomość, że czasami chce się pomoc, ale kobiety wybierają powrót jest chyba jeszcze gorsza. Emocje nie pozwalają wtedy spać. Wciąż pamiętam imiona tych, których już w centrum nie ma. Zajmuję się najczęściej dziećmi, więc je pamiętam najlepiej. Spojrzenia, gesty, drobnostki... Kiedyś jeden chłopiec zrobił sobie zdjęcie moim telefonem. Nie wiedziałam o tym. Po jakimś czasie przeglądałam zdjęcia i zobaczyłam jego uśmiechniętą twarz. Serce mało mi nie pękło, bo ten chłopiec był bardzo wyjątkowy, być może więcej go nie zobaczę... To zdjęcie łamało zasady tajności centrum, a mimo to nie potrafiłam go usunąć.
To jest chyba w tym najpiękniejsze. Ci ludzie zabierają mi kawałek duszy, ale dają w zamian swoją. Czasami czuję się jak kolorowy zlepek zrobiony ze wszystkich, których w centrum spotkałam. Gdyby na to zerknąć fachowo jestem bardzo nieprofesjonalna ;) Być może jednak przywyknę... Czy tego chce? Nie. Ale być może to jedyny sposób by pomagać i nie zwariować.
Z uwagi na różnice kulturowe napisałam, że praca w centrum jest dla mnie weryfikacją wielu rzeczy. Ludzie nie wiedzą o czym mówią, kiedy generalizują narodowości, kiedy je lukrują lub oczerniają. Najlepiej doświadczyć tego w życiu. Teoretyzowanie w tym temacie się nie sprawdza.

Edyta Szałek

Dzieci mają to do siebie, że się o nich najdłużej pamięta. Czy zadajesz sobie czasem pytanie czym one zawiniły, żeby tak cierpieć? Wielu ludzi w takich sytuacjach zastanawia się gdzie wtedy jest Bóg?

Kwestia Boga i zdarzeń, przy których pytam o jego istnienie, to temat trudny. Według mnie niestety Bóg z rzeczami i złymi i dobrymi ma niewiele wspólnego. Nikt nie jest winny. Jest konsekwencja zdarzeń. Jeśli matka pije w ciąży ,dziecko będzie chore. Dziecko będzie chore nie dlatego, że Bóg się nim nie zajął, ale dlatego, że matka piła. Afrykańczycy cierpią z głodu, bo żyją w kraju w jakim żyją, brak im wody, rozmnażają się niemiłosiernie... Kiedyś było prawo natury. Dziś czujemy się w
obowiązku pomagać, przeciwdziałać. To taki nasz cywilizacyjny obowiązek. Czy dobrze robimy? Cholera wie. To jak z kolonizacjami i wciskaniem ludziom na siłę Chrystusa do czaszek. Czy Bóg by tego chciał? Czy oni bez Boga byli źli? Jedno wiem. Religia narobiła więcej szkód na świecie niż cokolwiek innego. Religia w ogóle. Każda.
Tak jak napisałam to temat trudny. Nie mnie reformować świat, ale przynajmniej mogę mieć swoją opinie.



W swoich książkach i opowiadaniach często wspominasz o emigracji. Jak radzisz sobie z tęsknotą?

Emigracja to stan ducha i ciała. Znacznie lepiej poradzić sobie z fizyczną stroną emigracji, niż jej emocjonalnym aspektem. Za granicą mieszkam ponad 3. lata. Dopiero teraz zaczynam czuć, że pojęcia: dom, własne miejsce - rozszczepiają się na dwa kraje. Siłą rzeczy wszystko to, czego doświadczam, przenika do moich książek. Emigracja jest dla mnie pojęciem, przeżyciem dużo szerszym niż banalne ramy szybkiego dorobienia się postawione przez ludzi, którzy nigdy za granica nie pracowali. Poza tym ,nie wszyscy wyjeżdżają ´´za chlebem``, wszyscy jednak, którzy wyjeżdżają, doświadczają tęsknoty za krajem. Nie mam specjalnego sposobu na radzenie sobie z tą tęsknotą. Najlepiej byłoby wsiąść w samolot za każdym razem, kiedy się ckni i przylecieć do kraju. Niestety nie jest to możliwe. Przywołuję więc czasami obrazy Polski w mojej wyobraźni. Dzielę się historią, opowieściami z Polski z kolegami z pracy, śpiewam pod nosem po polsku... Drobne, ważne rzeczy. Nie mogę nie wspomnieć o szmuglowaniu przez granice kiełbasy krakowskiej, kabanosów, czy prezentów tak deficytowych jak smalec zrobiony przez Elę Cherezinską. Była u mnie zeszłego lata. Dostałam wisienki własnej roboty w cudnym słoiczku, powidła śliwkowe, polską czekoladę, kukułki i wspomniany smaluszek. To są rzeczy na wagę złota. Nie żartuję. Kukułki wydzielałam moim chłopcom po jednej w każdy weekend :) 

Edyta Szałek

Czytałam wszystkie Twoje książki i muszę przyznać, że najbardziej podoba mi się ostatnia, czyli "Łowcy wielorybów". Kiedy kolejna powieść? 

Jakiś czas temu zaczęłam prace nad książką pt. Solhaug. W międzyczasie wpadłam na inny pomysł - nowa książka - który natarczywie szwenda mi się po głowie. Więc nie wiem co robić :) Czuję, że ten drugi pomysł dojrzewa sobie, przetrawiam go, przerabiam... Jeśli przyjdzie czas zostanie zrealizowany, jeśli nie, być może skończę Solhaug.

Więc czekam z zaciekawieniem na Twoją kolejną książkę. Dziękuję za rozmowę. 

Edyta Szałek:
powieści- "Sen zielonych powiek", "Kamieniczka", "Łowcy wielorybów";
antologie- "Dziewczyńskie bajki na dobranoc", "Nie pytaj o Polskę".

środa, 6 kwietnia 2011

"Dziewczyńskie bajki na dobranoc"


„Dziewczyńskie bajki na dobranoc” to antologia klasycznych baśni, przedstawionych w zupełnie innym wymiarze. Lektura tego zbioru zachęca do przypomnienia sobie historii stworzonych przez braci Grimm, Charlesa Perraulta czy Hansa Christiana Andersena. Osiemnaście pisarek zmierzyło się z symboliką znanych z dzieciństwa opowieści, by przedstawić je w zupełnie innym świetle. Wśród autorek można znaleźć między innymi Edytę Szałek, Joannę M. Chmielewską, Beatę Rudzińską, Wiolettę Sobieraj i Zofię Soliłło.
Osadzenie bohaterek w ryzach nowoczesnego świata sprawiło, że pozytywne bajeczki stały się wręcz anty-bajkami. Autorkom udało się pokazać różnicę między dziecięcym a dorosłym postrzeganiem rzeczywistości. Kontrast bywa ostry i bezwzględny. Tak więc podczas czytania nie upajamy się jedynie piękną i pozytywną fabułą. Wręcz przeciwnie, przełykamy dławiący smutkiem żal i rozczarowanie. Musimy pogodzić się z rozstaniami bez powrotów, anoreksją i bezpłodnością. Mimo to w opowiadaniach nie brakuje magii ani humoru. Różnorodność spostrzeżeń pisarek i ich wielopoziomowa wyobraźnia owocuje książką ciekawą, nieprostolinijną. Zaskakujące momenty skłaniają do refleksji.
Książka powstała z myślą o kobietach i dla kobiet. Poznajemy drugie oblicze Kopciuszka, Śpiącej Królewny, jak również Dziewczynki z zapałkami i Brzydkiego Kaczątka. Czytając, rozmyślamy o kobiecych rolach życiowych, o ramach, w których są osadzone. Nie ma w nich miejsca na ckliwość i rozczulanie. Przy tak silnym pędzie ku nowoczesności marzenia są potrzebne tak samo jak bajanie. Dodają sił, a odrobina naiwności wskrzesza wiarę w to, że będzie lepiej.

Należy wspomnieć, że książce towarzyszą obrazy, które w tajemniczy sposób wydobywają esencję z każdej baśni. Wyczarowane zostały przez Ewę Aksienionek, autorkę pierwszego z opowiadań. Na pierwszy rzut oka już sama okładka zaskakuje. Przedstawia Czerwonego Kapturka leżącego na sianie z pistoletem w ręce. To takie dziewczęce zobrazowanie dojrzałości, gdzie niewinność skryła się pod kapeluszem, a świadomość kobiecości ubrana jest w halkę.

czwartek, 31 marca 2011

"Łowcy wielorybów" Edyta Szałek



Łowcy wielorybów – dajcie się zwieść tytułowi i złowić autorce, Edycie Szałek – wielorybnikowi, który do połowów używa słów i wyobraźni. Dzięki niebanalnym przenośniom zatrzymuje czytelnika w krainie fiordów, otoczonej chłodnymi skałami i wiatrem Skandynawii.

„Łowcy wielorybów” to książka ponadczasowa, opowiadająca o losach kobiet: babci, matki, ciotki i córki. Każda z nich na swój sposób zmaga się z podobnym problemem, łączącym je poprzez poświęcenia i współczucie. Są różne, a jakże podobne do siebie. Szukające szczęścia u boku mężów, którzy dokonali bolesnego naruszenia ich osobowości. Czytając tę powieść zobaczycie, jak łatwo jest utożsamić się z każdą postacią. Poznając kolejne rozdziały dotkniecie przeszłości i teraźniejszości, łączących się w Świecie Flory.


Flora - już samo imię głównej bohaterki nadaje postaci tajemniczego uroku natury. Flora, doskonale wkomponowana w krajobraz wyspy, na której toczy się akcja powieści, jest jak zbiór roślin, rosnących w przeszłości na tym obszarze. Jest połączeniem okresów geologicznych, ich szczątków, skamieniałości i odcisków na nich zostawionych.
Po śmierci ojca dotyka dna, zaszczuta w niepojmowanym przez innych nieszczęściu i postanawia wymknąć się z klatki poprawności. Zaglądając w głąb siebie wskrzesza siłę. Odnajduje Kapitana, który staje się miłością. Miłością do samej siebie. Szczęściem, na które świadomie zasługuje, spełnieniem marzeń, prawie materialną projekcją zrodzoną z tęsknoty za sprawą powinowactwa dusz, grania tych samych nut. Pokochała Kapitana w chwili, w której pokochała samą siebie. Rozmawiając z nim, coraz lepiej rozumie swą naturę. Kiedy ona zaczynała zdanie, on mógł je skończyć, a wszystko miało sens i było całością.
Ten przyjaciel zmęczonego umysłu jest również jak ojciec, a jego natura jest jej bardzo bliska. Ze zrozumieniem usprawiedliwia jego postępowanie i to, dlaczego nie potrafił żyć w realiach otaczającego świata.
Flora stworzyła sobie przestrzeń wypełnioną czystym pragnieniem kochania i bycia kochaną. Podczas samotnych rozmyślań skurczył się on do rozmiarów Bryzy i zamknął w granicach drewnianej kołyski. Dużo czasu spędzała na łodzi myśląc o przeszłości. Zachwycała się nią twierdząc, iż mogłaby tak żyć zawieszona gdzieś pomiędzy sepią, bawełnianymi pończochami i karminową pomadką.
Podczas spacerów Flora natrafiła na starszego mężczyznę, którego nazwała Ojcem Wyspy. Mężczyzna sprawiał wrażenie człowieka, który zna wszystkie tajemnice, zwłaszcza te przerażające. Unikał ludzi, a zagadnięty odpowiadał tylko zdawkowo. Im mocniej Flora przenika do świata, w którym nie boi się walczyć o miłość, tym bardziej Ojciec Wyspy staje się rozmowny. Pewnego razu przyznaje, iż będąc przez krótki czas wielorybnikiem nauczył się czegoś bardzo ważnego. Zrozumiał, że czasami musisz odpuścić, by coś innego zyskać. Tym sposobem złowił wieloryba nie zabijając go i oddając mu wolność.
Sprawa polowań jest tematem przewodnim powieści. Ma to na celu uświadomienie czytelnikowi, że każdy z nas jest wielorybnikiem życia.

„Łowcy wielorybów” to książka, która bardzo przypadła mi do gustu. Po jej przeczytaniu czułam niedosyt. Powróciłam więc do wybranych rozdziałów, doszukując się odpowiedzi na niedopowiedzenia, z którymi i tak pozostałam. Prawie nigdy mi się to nie zdarza. W tym wypadku wiem, że jeszcze nieraz będę wertować kartki tej powieści, szukając czegoś między wierszami. Filozoficzne rozważania, w które wprowadza nas autorka sprawiają, że pochłaniamy myśli bohaterów, by móc później snuć na ich temat refleksje.

piątek, 11 marca 2011

"Kamieniczka" Edyta Szałek

„Kamieniczka” to niepozorna książeczka, której szata graficzna zaciekawia od pierwszego spojrzenia. Jak okruchy chleba rozsypanego ptakom, wydziobujemy słowa ze stron sukcesywnie połykając treść. We wnętrzu książki odnajdujemy ścieżki prowadzące w różne strony świata. Przewidywalne splata się z nieoczekiwanym, by dać pole do działania naszej wyobraźni. Czytelnik może poczuć się artystą i z codziennych spraw stworzyć obraz, stosując paletę pełną barwnych marzeń.

Autorka posługując się prozą poetycką, stworzyła album przedstawiający chwile uchwycone uważnym spojrzeniem obserwatora. W tym wypadku za obiektywem stała Edyta Szałek. Migawką oka uchwyciła obrazy rzeczywistości, z których powstał album wart wspomnień. Spacerując ulicami sennego miasteczka, odkryła skromne, lecz warte uwagi zakątki ludzkiego jestestwa. Kelnerka, recepcjonista czy bizneswomen, Polacy czy obcokrajowcy- zwyczajni ludzie, tacy jak my. A każdy z nich wyjątkowy na swój sposób. 

Bohaterowie chwili grzebią wspomnienia, lub próbują wskrzesić niektóre z nich. Łączy ich samotność, obawy i tęsknoty, nad którymi starają się zapanować. Stoją na życiowym rozdrożu i szukają spokojnej przystani, w której mogliby odpocząć. W ciszy i spokoju, połączeni serdecznością, pełni doświadczeń - tworzą dalszą historię.


Edyta Szałek dedykując swą powieść mamie dała świadectwo wdzięczności za poświęcenie i wychowanie- za książki, najlepsze na świecie ciasteczka ze skwarków pieczone w dobie kryzysu, za ustępowanie miejsca, gdy wszyscy pchali się do pociągu życia, i za szuranie Twoich kapci po północy, kiedy układałaś krochmalone serwetki i pastowałaś podłogę.
Przebywając na obczyźnie, trudniej uciec od tęsknot i wspomnień. Autorka stopniując emocje, wskrzesiła nadzieję. Obrazowo przedstawiła, że warto być tam, gdzie czujemy się na swoim miejscu. Gdzie żyje nam się lepiej, bo dom jest tu, gdzie my jesteśmy. Nawet jeśli to ciasna izba sypiącej się kamieniczki. Przecież powrót nie musi być porażką czy okazaniem słabości. Wręcz przeciwnie, może stać się jedynym sposobem na przywrócenie wewnętrznego spokoju.

wtorek, 8 marca 2011

Dzień Kobiet


Drogie Panie! 
Z przyjemnością pragnę podzielić się z Wami wyjątkowymi życzeniami.

Myślałam długo nad życzeniami z okazji 8 marca. Szablonowe: wszystkiego najlepszego jest zbyt banalne. Gloryfikacja kobiecości i patos tego święta przegadane i podszyte przeszłością, której symbolem był goździk i rajstopy z klinem. Ponieważ pracuje z i dla kobiet z całego świata i planuje z nimi świętować 8 marca, pomyślałam, że mogę Wam przekazać to, jak one czuja to święto. Dla kobiet z Egiptu, Erytrei, Iraku, Nigerii, Indii święto 8 marca ma wymiar nieomal magiczny. Wyjście do kawiarni i wspólne świętowanie to wielka uroczystość. One czekają na to jak na jednodniowe wyzwolenie z piętna religii, podporządkowania, przemocy, handlu, aranżowanych małżeństw, bycia nikim w świecie mężczyzn. Wiec może w tym dniu pomyślmy o tym jak dobrze nam z naszą kobiecą wolnością, w której możemy wybierać partnerów, cieszyć się z seksu, pachnieć, ubierać w to co chcemy, czytać, uczyć się, podróżować... To co dla nas jest oczywiste, dla innych jest wciąż tylko marzeniem.
Wszystkiego najlepszego Moje Drogie Kobiety. Niech dzień 8 marca będzie dla Was dobry i słoneczny.


Edyta Szalek 

niedziela, 6 marca 2011

"Sen Zielonych Powiek" Edyta Szałek


„Idź własną drogą
Bo w tym cały sens istnienia
Żeby umieć żyć
Bez znieczulenia
Bez niepotrzebnych niespełnienia
Myśli złych”


Bohaterka powieści „Sen zielonych powiek” Edyty Szałek, starała się zrobić wszystko, by żyć według tej myśli. Greta, po opuszczeniu szpitala wybrała samotne życie z daleka od przeszłości. Wsiadając do pociągu najbardziej pragnęła zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Jednocześnie chciała zacząć wszystko od nowa, nie wiążąc uczuć z czymkolwiek. Żeby tego dokonać, potrzebowała znieczulenia. Zamknęła się w skorupie, nie pozwalając otoczeniu na bliższy kontakt. Atrakcyjna, interesująca kobieta mogła zdobyć każdego mężczyznę. Przelotne romanse były dla niej jedyną formą bliskości, która nie rani. Seks bez zaangażowania uczuciowego, nic więcej. Granica, którą oddzieliła siebie od ludzi, miała chronić nie tyle ją, co innych.
Przełamując stereotyp doskonałej pani domu, stała się kobietą nowoczesną. Singielką, która robi to co chce i kiedy chce, bez tłumaczenia komukolwiek motywów swych zachowań. Robiła to wszystko doznając cierpienia i bólu, który pozostaje, gdy los zabiera nam to, co jest sensem i treścią naszego istnienia. Styl życia, który wybrała byłby łatwiejszy do zrealizowania, gdyby nie uczucia. Nie szukała, wręcz unikała miłości, lecz... pewnego dnia pojawił się mężczyzna posiadający sposób na otworzenie skorupy, w której zamknęła się Greta.

Można wyczarować szczęśliwe zakończenia smutnych zdarzeń, można sprawić, by żadna istota nie była samotna i mogła pochować swoje dziecko, nawet jeśli jest ptakiem?

Greta uciekała od rzeczywistości w świat filmowych fantazji. Porównywała sytuacje życiowe do filmowych scen, a ludzi i ich zachowania - do aktorów odgrywających przypisane im role. Przecież wszystko można wyreżyserować. Nic nie musi być prawdą, a życie może być takie, jakim je sobie wykreujemy. Wspominając sceny z filmów: „Sztuczna inteligencja” i „Szósty zmysł”, umacniała siebie i otaczających ją ludzi w przekonaniu, że w jej życiu chodzi o coś bardziej wzniosłego. A zwykły rozkład dnia kryje w sobie zalążek niebanalnej historii. Niby ukradkiem i przez przypadek, w najmniej oczekiwanych momentach, pojawia się postać chłopca. Bez wątpienia między nim a Gretą jest jakaś niesprecyzowana więź. Jako czytelniczka, odbierałam te fantazje Grety jako swego rodzaju dążenie podświadomości ku przyswojeniu prawdy o jego istnieniu. Postać dziecka staje się coraz bardziej wyraźna, a częstotliwość snów bohaterki na jego temat wzrasta. Powoduje to, iż w końcu kobieta zaczyna szukać w sobie odpowiedzi na pytanie o przyczynę wewnętrznego cierpienia. Wątpliwości nie pozostają bez echa. W ich rozwianiu pomaga Joachim. Jest jak Anioł Stróż, lecz niesie bolesną, trudną do przyswojenia, ale jedyną prawdę, która może dać wolność.
Greta prowadzi wewnętrzną walkę, zastanawia się co powinna uczynić. W głowie słyszy dwa głosy. Jeden z nich, należy do zmęczonej kobiety, która nie ma już siły odgrywać wyreżyserowanych ról. W końcu ponownie chciałaby zasmakować miłości. Drugi głos upiera się, że to właśnie ona jest winna całemu nieszczęściu. Złe zdarzenia to nie bezpańskie psy, każde ma swojego pana, Ty jesteś panią jednego z nich... Ten drugi głos namawia do ucieczki od realiów, sugeruje, że nie warto próbować zmieniać czegokolwiek. Lecz to już nie jest sen o zielonym krokodylu i Greta zdaje sobie z tego sprawę.

W recenzjach „Snu zielonych powiek” czytamy, że jest to oniryczna powieść psychologiczna. Z całą pewnością to prawda. Już na początku książki natrafiamy na nazwę amitryptyliny - leku przeciwdepresyjnego, wywierającego działanie uspokajające i przeciwlękowe, który zażywa bohaterka. Dzięki tej wiedzy podczas czytania jesteśmy świadomi problemów zdrowotnych Grety. Odkrywanie kolejnych kart książki jest szukaniem odpowiedzi na nurtujące pytanie- co się faktycznie wydarzyło? Prawdy dowiadujemy się dopiero w chwili, gdy jednocześnie uświadamia ją sobie chora. Uspokojona i pozbawiona lęków, za sprawą leków zapominała o tym, co było przyczyną jej ciągłej ucieczki.

Brawa dla autorki należą się za brawurową konstrukcję fabuły. Edyta Szałek, jak sama twierdzi prócz oczywistej chęci przekazania myśli chce pisać książki ciekawe, ciekawe dla tych ludzi, których charakteryzuje pewna wrażliwość. Moim zdaniem bez wątpienia jej się to udaje, a książki, które publikuje są najlepszym tego dowodem. Czytając je, poznajemy talent i mądrość pisarki.

Sen zielonych powiek nie mógł trwać wiecznie. Skończył się wraz z książką, która o nim opowiada. Lecz czy powrót do rzeczywistości zawsze musi być straszny i zwiastować najgorsze? Może dzieci ptaków również mają sny? 

tytuł: Sen Zielonych Powiek
autor: Edyta Szałek
wydawca: Replika
data wydania: 2007
nr wydania: I
ISBN: 978-83-60383-31-5
liczba stron: 235
kategoria: literatura piękna

notka o autorce:

Edyta Szałek (ur. 1974). Socjolożka, pisarka, fotografka. W 2005 r. wygrała konkurs na Dziennik Literacki „Dzień po dniu” zorganizowany przez magazyn „Zwierciadło”. Przez kolejne dwa lata pisała do tego miesięcznika felietony „Miasteczko blisko morza”. Debiutancką książką Szałek jest „Sen zielonych powiek” z 2006 r. (Replika). Kolejna książka to zbiór opowiadań „Kamieniczka” (Amea) z 2009 r.
Na początku 2008 r. Edyta Szałek wyjechała do Norwegii. Początkowo, z uwagi na doświadczenie zdobyte w Polsce, pracowała jako dyrektor handlowy w jednej z norweskich firm. Potem postanowiła poświęcić się całkowicie trzem pasjom: socjologii, pisarstwu i fotografii. Pierwszą z nich realizuje pracując w bergeńskim Centrum Kryzysowym dla kobiet, w którym pomaga traumatycznie doświadczonym dzieciom pochodzącym z krajów całego świata. Miłość do kina i czarno-białej fotografii znalazła odzwierciedlenie w firmie Sokrates´Workshop, którą założyła rok temu ze swym życiowym partnerem. A pisanie? Na to jest czas zawsze i wszędzie – mówi Edyta. – Najczęściej jednak o świcie, kiedy norweskie fiordy przeciągają się jak koty, sroki przeszukują śmietniki, a stary zegar wybija za wczesną godzinę.